Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 września 2016

159. Załącznik - Rainbow Rowell


Tytuł: Załącznik
Autor: Rainbow Rowell
Stron: 413
Wydawnictwo: HarperCollins
Ocena: 7/10


Pierwszą książką Rowell jaką przeczytałam, była "Eleonora & Park", która zachwyciła mnie od razu. Od tamtej pory, systematycznie uzupełniam książki tej autorki na mojej półce. Do teraz przeczytałam już wszystkie wydane w Polsce łącznie z "Załącznikiem", o którym chciałabym Wam dzisiaj napisać kilka słów. 

Lincoln O'Neill nie lubi swojej pracy. Czytanie cudzych e-maili w celu zapewnienia bezpieczeństwa danych w redakcji wydaje mu się zwyczajną startą czasu. Gdy zgłosił się na to stanowisko spodziewał się czegoś zupełnie innego, myślał, że będzie budował systemy zabezpieczeń i odpierał ataki hackerów, a nie robił za "szpiega". Natrafiając na korespondencję dwóch przyjaciółek Beth i Jennifer, Lincoln zaczyna przejawiać zainteresowanie ich życiem, a szczególnie dowcipnej i inteligentnej Beth. Wie, że powinien wysłać im upomnienie za wszelkie nadużycia jakich się dopuściły pisząc ze sobą w godzinach pracy, jednak historie, o których sobie opowiadają za bardzo go interesują by to zrobić. W końcu Lincoln uświadamia sobie, że zakochał się w Beth, ale nie wie jaki powinien być jego następny krok, zważywszy na okoliczności. Czy uda mu się wymyślić sposób na nawiązanie z nią znajomości, bez wychodzenia na dziwnego faceta, który czyta jej prywatne e-maile?

"Załącznik" to pierwsza powieść Rowell, w dodatku przeznaczona dla dorosłego czytelnika. Ja autorkę poznałam najpierw od drugiej strony, czytając jej książki dla młodzieży, które niezmiernie mi się podobały, bo zawsze świetnie potrafiła wczuć się w swoich nastoletnich bohaterów, co nadawało historiom realności. Tym razem jest to powieść dla dorosłych, tak samo jak "Linia serc" i przyznaję, że Rowell nie zawodzi. Ciekawie było poznać spojrzenie na pewne sprawy z perspektywy mężczyzny przed trzydziestką, który szczerze powiedziawszy wiedzie okrutnie nudne życie, mieszkając z własną matką (nie widząc w tym nic złego), która ciągle podsuwa mu jedzenie pod nos i płaci za niego rachunki. Lincoln jest typem człowieka, który właściwie nie wie czego chce od życia. Nie można mu odmówić inteligencji, gdyż ma skończonych kilka kierunków, ale nadal nie potrafi się zdecydować co go interesuje i co chciałby robić, więc dopóki nic innego nie wymyśli, będzie siedział w redakcji jako "administrator bezpieczeństwa danych". Beth natomiast jest pełną życia, dowcipną kobietą, której aktualny związek z muzykiem średnio się układa. Jej relacji z Jennifer można wręcz pozazdrościć, gdyż obie są dla siebie oparciem i wspierają się w każdej sytuacji. Nic dziwnego, że Lincoln czytają ich korespondencję, tak bardzo je polubił.

Książkę czytało mi się bardzo szybko i przyjemnie, zapewne z tego względu, że zwyczajowa narracja Lincolna jest przeplatana z e-mailami Beth i Jennifer. "Załącznik" to idealna lektura, dla tych którzy mają ochotę cofnąć się do końcówki 1999 roku i wkroczyć razem z nietuzinkowymi bohaterami w nowy wiek. Polecam!

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu HarperCollins! :)

środa, 3 lutego 2016

147. PREMIEROWO: "Linia serc" - Rainbow Rowell [akcja #czytamyrazem]

Tytuł: Linia serc Autor: Rainbow Rowell
Stron: 378 Wydawnictwo: Otwarte

AKCJA #CzytamyRazem

"#CZYTAMYRAZEM to akcja społeczna, której głównym zadaniem jest promocja wspólnego czytania książek przez mamy i córki. Wierzymy, że w ten sposób nie tylko pokażemy, że
literatura łączy pokolenia, a książki nie znają wieku, ale również udowodnimy,
że pożyczanie sobie nawzajem i czytanie tych samych książek może pomóc w
budowaniu lepszych relacji między rodzicami a dziećmi i poprawiać komunikację w
trudnym okresie dojrzewania. Zakładamy, że tak jak mama może polecać książki
swojej córce, tak córka może polecać książki swojej mamie, a wspólna lektura będzie
stanowić temat do rozmów." - opis ze strony Wydawnictwa

Gdy dostałam zaproszenie do wzięcia udziału w akcji #czytamyrazem, podjęcie decyzji nie sprawiło mi kłopotu. Spodobała mi się idea akcji, bo sama wychowałam się w rodzinie, w której czyta się dużo książek. Kiedyś to moi rodzice przodowali w tej dziedzinie, a teraz niezaprzeczalnie, role się odwróciły i to ja pochłaniam największą ilość tytułów. Było mi miło, że mogłam podzielić się wrażeniami z lektury z moją mamą, która również wzięła udział w wyżej wymienionej akcji. Zapraszam na naszą recenzję! :)

Georgie McCool wiedzie ciekawe życie, przy boku męża Neala i dwóch córeczek Alice i Noomi. Jej praca polega na pisaniu scenariuszy do komedii telewizyjnych i idzie jej to naprawdę świetnie. Niestety praca wymaga od niej wielu poświęceń, a przede wszystkim czasu. Kobieta rzadko bywa w domu, a dziećmi zajmuje się głównie Neal. Pewnego grudniowego dnia, na horyzoncie pojawia się niesamowita okazja dla Georgie. W końcu jej marzenia mogą stać się rzeczywistością, ale tu sprawy zaczynają się komplikować. Zbliża się Boże Narodzenie, a to oznacza, że powinna wyjechać z rodziną do Nebraski by jak zawsze świętować z rodziną Neala. Jednak Georgie postanawia w pełni zająć się pracą nad serialem, zamiast wyjechać. Dopiero po fakcie, kobieta uświadamia sobie, co też najlepszego zrobiła.

Relacje Neala i Georgie w ostatnich latach znacznie się pogorszyły, ale przecież nie zawsze było tak źle. Kiedyś byli jedną z tych zapatrzonych w siebie par, jednak czas płynął i każde z nich zajęte swoimi obowiązkami utraciło to, co było kiedyś dla nich najważniejsze. Gdy Neal wyjeżdża z córkami, a Georgie zostaje sama w Los Angeles, pracując nad scenariuszem, w końcu zdaje sobie sprawę jakie mogą być tego konsekwencje. Czy Neal ją zostawi? Czy ją jeszcze kocha? Gdy wszystko zaczyna się wokół niej sypać, na pomoc przychodzi magiczny, żółty telefon...

Rainbow Rowell już jakiś czas temu skradła moje serce za sprawą "Eleonory&Parka", pięknej historii dla młodzieży. Tym razem miałam okazję poznać jej twórczość skierowaną do dorosłych czytelników. Do końca nie wiem co sądzić o tej książce, gdyż z jednej strony mi się podobała, a z drugiej niektóre wątki, szczególnie ten z żółtym telefonem wydają mi się całkiem niedorzeczne. Zacznę może od tego co moja mama sądzi na temat "Linii serc" gdyż na większość tematów mamy podobne zdanie. Przede wszystkim moja mama nie jest osobą, która przepada za romansami i zazwyczaj zaczytuje się w kryminałach, dlatego z początku sceptycznie podchodziła do lektury. Jednak minęło trochę czasu i zauważyłam, że nawet dała się wciągnąć w fabułę. Na pierwszy rzut oka, powieść wydała jej się nieciekawa i nużąca. Dopiero po jej przeczytaniu, co zgodnie stwierdziłyśmy, można dostrzec w niej pewną wyjątkowość i głębszy sens. To książka o życiu, o relacjach międzyludzkich, a także o tym, że czasami jesteśmy tak zajęci sobą i gonitwą naprzód, że zapominamy co jest istotne. 

Dla Georgie praca była na pierwszym miejscu, co dla mojej mamy było zupełnie niepojęte. Sama ją w tej kwestii popieram, gdyż nie wyobrażam sobie, prowadzić takiego życia jak główna bohaterka "Linii serc" chociaż jestem w stanie ją zrozumieć. Od zawsze marzyła o stworzeniu serialu, razem ze swoim najlepszym przyjacielem Sethem, i gdy w końcu nadarzyła się ku temu okazja, nie wahała się. Dopiero później zaczęła sobie uświadamiać jak wiele może stracić, jeśli nie zawalczy o miłość Neala. Co było dla mnie i mamy zaskakujące, to wątek magicznego telefonu. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, aby nie psuć Wam lektury, napiszę tylko, że mi się on podobał, chociaż jestem trochę zła, że autorka w żaden sposób nie wyjaśniła jego działania i czy on w ogóle był prawdziwy, czy tylko działo się to w głowie bohaterki. Jest to sprawa nierozwiązana i autorka zostawiła ją czytelnikowi do rozgryzienia. To właśnie żółty telefon odgrywa w tej historii kluczową rolę. Dzięki niemu, Georgie zauważa wszystko z szerszej perspektywy i postanawia zmienić się na lepsze. 

Razem z mamą przyznałyśmy, że "Linia serc" to przyjemna książka, po przeczytaniu której człowiek uświadamia sobie, że powinien częściej doceniać to co ma i pielęgnować relacje z bliskimi, gdyż często nie zdajemy sobie sprawy ze znaczenia niektórych rzeczy i spraw, dopóki ich nie stracimy. Książka Rainbow Rowell może i nie ma pędzącej akcji, ani nie jest żadnym objawieniem, ale ma w sobie urok i typowe dla autorki ciepło bijące ze stron powieści. Reasumując, cieszę się, że mogłam wziąć udział w akcji i razem z mamą podzielić się wrażeniami z lektury, jak za dawnych czasów. Nam obu książka przypadła do gustu, chociaż mi trochę bardziej, ale to pewnie dlatego, że do książek Rowell mam sentyment. "Linia serc" to książka przepełniona ciepłem, humorem i miłością, w dodatku z odrobiną magii. Polecamy!

Za możliwość wzięcia udziału w akcji #czytamyrazem 
dziękujemy Wydawnictwu Otwarte!

wtorek, 7 kwietnia 2015

111. W cieniu - A.S.A. Harrison

Tytuł: W cieniu Autor: A.S.A. Harrison
Stron: 347 Wydawnictwo: Znak Literanova

Osoby, które czytają mojego bloga już od jakiegoś czasu, dobrze wiedzą, że nie jestem fanką eksperymentowania z gatunkami książek. Zwykle trzymam się tego co kiedyś polubiłam, ale często okazuje się, że spróbowanie czegoś nowego może zaowocować czymś niezwykłym. Tak było gdy rok temu po raz pierwszy postanowiłam dać szansę innemu gatunkowi niż fantastyka. Był to kryminał, który sprawił, że urozmaiciłam swoją biblioteczkę o inne tytuły z tego gatunku. Od tamtej pory gdy widzę dobrze zapowiadający się thriller czy kryminał, praktycznie bez zastanowienia daję mu szansę. Tak właśnie było w przypadku książki "W cieniu", której okładkę zdobi jakże zachęcający slogan "Dla fanów Zaginionej dziewczyny..." Nie zwlekając postanowiłam spróbować, ale co z tego wyszło?

Małżeństwo Todda i Jodi to prawdziwa gra pozorów. Ona przymyka oko na wszystkie jego wybryki, a on to bez skrupułów wykorzystuje. W ich związku dla Jodi najważniejsza jest stałość. Życie z Toddem zapewnia jest stabilizację, której tak bardzo potrzebuje. Rutyna wyrobiona przez lata, daje jej poczucie bezpieczeństwa i niezmienności. Jednak zostaje ona zerwana, w momencie gdy Todd poznaje dużo młodszą od siebie kobietę. Ona daje mu powiew wolności i czegoś, czego mu już dawno w życiu brakowało. Dzięki niej czuje się znowu młody i pełen energii. Przez dwadzieścia lat ich związku, Jodi nigdy nie chciała wyjść za mąż. W tej sytuacji okazuje się to być dużym problemem, gdy przychodzi im się rozstać. On jest bardzo bogatym właścicielem firmy, a ona zawsze zajmowała się utrzymywaniem domu, gotowaniem kolacji i kilka razy w tygodniu chodzeniem na sesje terapeutyczne. Cały majątek należy się Toddowi. Jodi zostaje na lodzie i musi coś w tym kierunku zrobić. Przyjaciółka podpowiada jej, że najlepszym rozwiązaniem będzie pozbycie się niedoszłego małżonka, zanim zmieni testament lub ożeni się z młodszą kochanką. 

"W cieniu" pokazuje jak wiele może się zmienić, w przeciągu krótkiego okresu czasu. Związek Jodi i Todda nigdy nie był doskonały. Patrząc na niego z mojej perspektywy, nie jestem w stanie zrozumieć, jak można było zachowywać się tak jak Jodi i nie zwracać uwagi na to, co jej ukochany robi po godzinach, czy gdzie wyjeżdża w wolne weekendy. Nie mówiąc już o jego postawie. Jednymi słowy ich związek to pozory. Tak jest, dopóki nie zaczynają pojawiać się zmiany, a rutyna zostaje przerwana. Obydwie strony muszą przyzwyczaić się do nowego życia, ale to Jodi jest najciężej. Nigdy nie była za nic poważnego odpowiedzialna, pieniądze zapewniało jej kilka kart kredytowych utrzymywanych przez Todda, dlatego gdy otrzymuje nakaz eksmisji jest załamana i nie może zrozumieć jak po tylu latach związku, jej partner może posunąć się do takiego czynu. 

Dla mnie to było co najmniej dziwne. Przede wszystkim postać samej Jodi, była dla mnie wielką niewiadomą. Bo Jodi to kobieta, która nie ma zbyt wielkiego wpływu na swoje życie. Jej największym zobowiązaniem jest ugotowanie wystawnej kolacji dla ukochanego, a czasem pójście do pracy bardziej dla rozrywki niż dla samego zarobku. Naprawdę smutna postawa. Być zależnym od kogoś do tego stopnia, że gdy wszystko zaczyna się psuć, jedynym słusznym-według niej, rozwiązaniem okazuje się być morderstwo. Czy to nie okropne? Tak przedstawia się właśnie sama fabuła. Jeśli chodzi o całokształt książki to niestety, ale nie przypadła mi ona do gustu. Wydaje mi się, że jest to kwestia bohaterów i mojej niechęci do nich, ale także tego, że tak naprawdę w tej książce nie działo się nic ciekawego. Można ją podzielić na życie przed morderstwem, oraz po, jednak obie mnie nie zachwyciły. Fabuła jest dość przewidywalna, a po samej intrydze zabójstwa spodziewałam się czegoś więcej. Autorka praktycznie niczym mnie nie zaskoczyła.

"W cieniu" to książka, w której nie ma zbyt wielkiej akcji. Jednak nie o to tak naprawdę w niej chodziło. Autorka skupiła się na ukazaniu relacji międzyludzkich, oraz jak pewne sytuacje mogą nieodwołalnie wpłynąć na nasze życie. W jednej chwili jesteśmy szczęśliwi i wydaje się nam, że mamy wszystko pod kontrolą, do czasu gdy dzieje się coś nieprzewidzianego, co wywraca nasze życie do góry nogami. Niestety zawiodłam się na tej pozycji. Liczyłam na thriller z krwi i kości, do którego będę powracać myślami, a dostałam dość nudną książkę, która nie trzymała mnie w napięciu tak jak na to liczyłam. Jedynym mocnym aspektem tej książki, są przeplatane w niej wątki psychologiczne oraz dogłębna analiza zachowania bohaterów, ale nawet mimo tego, nie jestem jej w stanie polecić z czystym sumieniem. Sami musicie wyciągnąć wnioski i zdecydować czy macie ochotę na tego typu lekturę.

Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu Znak Literanova!

piątek, 6 marca 2015

106. Love, Rosie - Cecelia Ahern

Tytuł: Love, Rosie Autorka: Cecelia Ahern
Stron: 511 Wydawnictwo: Akurat
Ocena: 2/6

Recenzja może zawierać spoilery dotyczące treści książki.

"Love, Rosie" to tytuł, którego wręcz nie mogłam się doczekać. O dziwo, wcale nie chodziło mi o czytanie, ale o sam film, który w momencie gdy obejrzałam jego zwiastun, skradł moje serce. No dobra, nie ukrywajmy, dołeczki Sama Claflina i urocza Lily Collins zrobiły swoje i właśnie dzięki nim, nie mogłam się doczekać filmu. Na książkę natrafiłam przypadkiem, znalazłam ją akurat w promocji, więc nie mogłam się oprzeć. Jednak dopiero kilka dni temu w końcu miałam okazję obejrzeć film, gdyż dłużej już nie mogłam czekać! Zaskoczył mnie i to bardzo pozytywnie, dlatego czym prędzej zabrałam się za książkę, licząc na to, że będzie jeszcze lepsza.

Rosie i Alex są najlepszymi przyjaciółmi od dziecka. Nie wyobrażają sobie by ktokolwiek mógł ich kiedyś rozdzielić. Snują razem plany na przyszłość, w których Alex będzie lekarzem, a Rosie właścicielką pięknego hotelu. Jednak los chciał, że na dziewczynę spada wiadomość o ciąży. Wyjazd do Bostonu staje się więc niemożliwy, więc dziewczyna zostaje w domu by poświęcić się macierzyństwu. Alex natomiast kończy studia medyczne i zostaje cenionym kardiochirurgiem. Na ich wspólnej korespondencji mijają lata, przewijają się nieudane małżeństwa, pojawiają się dzieci, a także porażki zawodowe, a ta dwójka nadal żyje tysiące kilometrów od siebie. 

Rzeczą, która najbardziej wyróżnia tę książkę od innych jest sposób jej narracji. Nie znajdziecie tu opisów samej akcji, czy przemyśleń bohaterki. "Love, Rosie" składa się wyłącznie z korespondencji Rosie z bliskimi jej osobami na przełomie prawie pięćdziesięciu lat. Pomysł na książkę może i jest interesujący, aczkolwiek gdy zaczęłam czytać stało się to bardzo męczące. Brak interakcji między bohaterami, jedynie listy, z których dowiadujemy się o zaistniałych wydarzeniach, to naprawdę nie było nic pasjonującego. Będę z Wami szczera- ta książka wprawiła mnie w tak podły nastrój, że nie jestem w stanie pozytywnie się o niej wypowiedzieć. Zaraz przybliżę dlaczego.

Podchodząc do czytania tej książki, liczyłam na lekką, romantyczną powieść o miłości, która może się zrodzić pomiędzy dwójką najlepszych przyjaciół. Takie wnioski nasunęły mi się czytając  jej opis i po tym jak zobaczyłam film na jej podstawie. Ale nie spodziewałam się, że tak bardzo się zdenerwuję czytając ją. Z jednej strony myślę sobie, że naprawdę muszę nie mieć cierpliwości skoro ta historia tak bardzo mną wzburzyła, jednak za chwilę sobie uświadamiam, że przeczytałam ją całą, a to przeczy temu bym nie miała cierpliwości, skoro przetrwałam całą lekturę. To miała być ta piękna historia o miłości i przyjaźni? Poważnie? Czytając ją, nie mogłam przestać denerwować się zachowaniem bohaterów i dopiero pod koniec zdałam sobie sprawę, że po co mam sobie tylko psuć humor, skoro i tak nie mam wpływy na to, jak potoczą się losy bohaterów.

Jak to jest możliwe, że bohaterowie mimo tego, że byli w sobie zakochani, nie potrafili sobie tego nigdy wyznać? Dlaczego musiało dojść do tego, że stracili z życia tak wiele lat? Ja tego nie mogę zrozumieć. Alex i Rosie znają się od dziecka, a ich uczucia widać jak na dłoni. Jedno się boi, drugie nie wie czego chce, żadne z nich nie chce zostać odtrącone, ale przecież jeśli nigdy nie postawimy tego pierwszego kroku, to się nie dowiemy co możemy stracić. Nie można podchodzić do życia z wieczną obawą, że możemy zostać skrzywdzeni, bo przecież prawdopodobne jest również to, że wiele zyskamy. Nigdy, przenigdy nie chciałabym przeżyć życia w ten sposób co Rosie. Owszem, została matką w wieku osiemnastu lat i sobie poradziła z tym świetnie, ale po drodze miała tyle ciężkich przeżyć z facetami, gdy jedyny na którym tak naprawdę jej zależało był na drugim kontynencie z inną kobietą. A dlaczego? Bo nie starczyło jej odwagi na to by wyznać co czuje. Alex i Rosie mieli przed sobą całe życie, ale każde z nich poszło w inną stronę, nigdy nie będąc do końca szczęśliwym. Oszukiwali się całe życie i zmądrzeli dopiero po wielu latach. W końcu lepiej późno niż wcale...

"Love, Rosie" to powieść, która wywołała na mojej twarzy jedynie grymas złości i frustracji. Nie jestem w stanie zrozumieć irracjonalnego zachowania bohaterów, którzy bali się zaryzykować sięgnąć po własne szczęście. Żyjąc w ten sposób, nigdy nie osiągniemy tego czego chcemy. Przykro mi było czytać o losach Rosie i Alexa. Każde z nich żyło swoim życiem, z dala od siebie, udając i nie potrafiąc przyznać się przed sobą do własnych uczuć. 
Jak widzicie przez tę książkę jestem tylko sfrustrowana, więc nie będę dalej marudzić, bo nie warto dłużej tego ciągnąć. Zalecam trzymać się od niej z dala i od razu mówię, że mam nadzieję, że nie uraziłam nikogo swoją opinią, bo na pewno nie było to moim zamiarem. Natomiast jeśli chodzi o film na jej podstawie tu zaskoczenie, ponieważ mam o nim odmienne zdanie. Wiem, że to dziwne, ale film wypadł po prostu o niebo lepiej. Chcę zauważyć, że w książce, w momencie gdy Alex wyznaje swoje uczucia Rosie, oboje mają po pięćdziesiąt (!) lat. W filmie aktorzy nie byli aż tak bardzo postarzeni dlatego robiło to zdecydowanie lepsze wrażenie. Reasumując film na tak, książka na nie.

Pozdrawiam :)

A obrazki z filmu takie piękne *.*

niedziela, 22 lutego 2015

105. Przedpremierowo: Will Grayson, Will Grayson - John Green & David Levithan

Tytuł: Will Grayson, Will Grayson ♦ Autorzy: John Green i David Levithan
Stron: 308 ♦ Wydawnictwo: Penguin
Ocena: 5/6

Można powiedzieć, że gdy już raz spróbowałam czytać książkę po angielsku, to będę chciała robić to dalej. Wygląda na to, że złapałam bakcyla i teraz na mojej półce będą pojawiać się nie tylko polskie tytuły. Tym razem  postawiłam na duet dwóch panów Johna Greena i Davida Levithana. Pana Zielonego już wszyscy znają, a drugiego ja sama nie miałam jeszcze okazji poznać wcześniej, dlatego było to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością. Tak właściwie, jeśli chodzi o Greena, to znam go tylko z dwóch książek, więc moje zdanie na jego temat jest nadal nie do końca wyrobione. Mimo tego, na tę książkę, miałam ogromną ochotę i jak się okazało, całkiem słusznie.

Pewnego, zimowego wieczoru, dwóch Will'ów Grayson'ów spotyka się w jednym miejscu. Przypadek czy przeznaczenie? Jeden z nich, wiedzie zwyczajne życie, jako przyjaciel jednej z najbardziej wyróżniających się osób w szkole- Tiny'ego Cooper'a. Niezwykłego chłopaka, który pragnie akceptacji, ale także obiera sobie za cel, by uszczęśliwiać ludzi. W świecie Tiny'ego wszystko jest pozytywne, a przynajmniej ma na takie wyglądać, bo rzeczywistość jednak trochę od tego odbiega. Tiny, to osoba wzbudzająca sporo kontrowersji, ale raczej w pozytywny sposób. Tak przy okazji, Tiny jest gejem, który ciągle jest zakochany, a żeby było śmieszniej, prawie codziennie w kimś innym. To nadaje jego postaci odrobinę komiczności. Jego obecności nie sposób nie zauważyć, poza tym, robi on wiele aby właśnie tak było To nie za bardzo odpowiada Will'owi, który nie lubi być w centrum uwagi, ale przyjaźniąc się z Tinym, nie rzucanie się w oczy, jest wręcz niemożliwe.

Drugi Will Grayson, jest chłopakiem, który od lat boryka się z depresją. Jest zamknięty w sobie i ciężko mu się dostosować do zwykłego życia. Gdy spotyka chłopaka o tych samych inicjałach, wiele rzeczy się zmienia. Will numer dwa, poznaje Tiny'ego Cooper'a i od tego czasu coś w jego postrzeganiu świata się zmienia. Przez pewien okrutny żart, skrzywdzony Will przechodzi bardzo trudny okres, a w tych zmaganiach pomaga mu właśnie Tiny. Okazuje się, że obydwoje w pewien sposób się uzupełniają i zaczyna ich łączyć coś zdecydowanie większego niż przyjaźń.

Will numer jeden i Will numer dwa, to skrajnie różne od siebie postaci. Są oni właściwie przedstawieni na zasadzie przeciwieństwa, a narracja w książce, jest podzielona pomiędzy nimi. To właśnie dzięki temu wiemy, kiedy czytamy słowa napisane przez Johna Greena, a kiedy przez Davida Levithana. Jednym razem widzimy zdarzenia z perspektywy Greena, a drugim z Levithana. To było bardzo ciekawe. Myślałam, że wkład obu autorów będzie połączony, a tu taka niespodzianka i każdy z nich miał swój co drugi rozdział. Wyszło to idealnie! Sam pomysł na książkę, jak czytałam w rozmowie tych dwóch autorów, narodził się w głowie Levithana, który na studiach miał przyjaciela, o nazwisku bardzo podobnym do jego- David Leventhal. Byli oni bardzo często myleni ze sobą i właśnie przez to, autor wpadł na to, by napisać historię o chłopakach o tych samych imionach i nazwiskach. Był to strzał w dziesiątkę, że napisał ją razem z Johnem Greenem. Ciekawostką jest również fakt, że gdy pisali tę książkę, żaden z nich nie był jeszcze popularny.

Czytając, wcale nie miałam wrażenia żeby pisały ją dwie różne osoby. Pewnie to dlatego, że ich historie doskonale się łączą i uzupełniają. John Green stworzył jednego Will'a, a David Levithan drugiego, w znakomity sposób. Sama nie wiem, który bardziej mi się podobał, ponieważ każdy z nich był inny i wyjątkowy. Levithan przedstawił człowieka bardzo wrażliwego i pokazał jak poważną chorobą jest depresja. Często ludzie nie zdają sobie sprawy z powagi tej choroby, mówiąc, że sami przez to przechodzili, chociaż wcale nie rozumieją, że sam smutek to nie choroba. Bo depresja, to coś znacznie większego i z tym właśnie zmagał się "Grayson Levithana". Natomiast "Will Greena", wiódł zupełnie inne życie, ale ich poznanie się, wpływa na nich obu w znaczący sposób.

Książka ta, nie jest tylko historią o dwóch chłopakach. Równie ważną rolę, jeśli nawet nie najważniejszą, odgrywa tutaj Tiny Cooper. Jest on zdecydowanie najbardziej pozytywną osobą w książce, której nie wszystko przychodzi tak łatwo, jak by się mogło wydawać. Tiny to osoba, która różni się od każdego dosłownie wszystkim. To postać bardzo ważna zarówno dla jednego i drugiego Willa. Największym wyzwaniem, a zarazem celem, dla Tiny'ego jest przygotowanie musicalu, który ma opowiadać historię jego życia. Wokół tego wydarzenia, kręci się właściwie akcja książki. Wszystko w "Will Grayson, Will Grayson" jest dokładnie przemyślane i połączone w spójną całość.

Duet Green & Levithan zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Spodziewałam się lekkiej lektury, a tu zastałam coś znacznie więcej. Jest to książka, która niesie za sobą również ważne przesłanie, dlatego z czystym sumieniem polecam ją każdemu. Ja nie raz się przy niej śmiałam, ale również były momenty smutne i wzruszające. Ale to właśnie te cechy cenię sobie w literaturze, dlatego książka "Will Grayson, Will Grayson" od razu trafia na listę moich ulubionych. Na pewno jeszcze do nie powrócę, chociażby przy okazji polskiego wydania, które niebawem trafi u nas na półki. Niedawno dowiedziałam się, że powstała już książka/musical napisany przez Davida Levithana o Tinym Cooperze. Chętnych odsyłam do bezpłatnego fragmentu książki pod tym linkiem. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości polscy czytelnicy również będą mieli okazję ją przeczytać. Tymczasem zachęcam do zapoznania się z książką "Will Grayson, Will Grayson".

Pozdrawiam :)

piątek, 26 września 2014

90. Poradnik pozytywnego myślenia - Matthew Quick

Tytuł: Poradnik pozytywnego myślenia ♦ Autor: Matthew Quick
Tytuł oryginału: Silver Linings. Playbook
Stron: 374 ♦ Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 2/6 

Nadrabiania zaległości książkowych ciąg dalszy. Na swojej półce posiadam dwa dzieła Matthew Quick'a. Postanowiłam, że na pierwszy rzut pójdzie książka, o której było głośno, zapewne za sprawą ekranizacji. Film oglądałam niedługo po jego premierze, także z fabułą byłam zaznajomiona. Pamiętam, że filmowa wersja bardzo mi się podobała. Była zabawna i pozytywna. A jak było z książką?

Pat wierzy, że jego życie to film, a przecież w nich zazwyczaj zdarzają się happy endy. Z wielkim przekonaniem, Pat liczy na to, że jego długa rozłąka z żoną Nikki wkrótce się zakończy. Ale zanim to się stanie, musi nad sobą popracować, przede wszystkim musi stać się miły, nie stawiać zawsze na swoim i robić to co według Boga jest słuszne. Musicie wiedzieć, że Pat przez pewny incydent trafił do ośrodka dla psychicznie chorych i zupełnie stracił poczucie czasu. Teraz gdy jego mama zabiera go do domu, Pat próbuje zmienić swoje życie na lepsze, ciężko pracując na szczęśliwe zakończenie.

„Poradnik pozytywnego myślenia” to książka nad wyraz specyficzna, za sprawą głównego bohatera, który jest narratorem powieści. Pat spisuje swoje przemyślenia i opowiada wydarzenia z własnej perspektywy. Robi to po to, aby później przekazać swój dziennik Nikki, by ta mogła zauważyć zmianę jaka w nim zaszła – jakim porządnym człowiekiem się teraz stał. Oczywiście prawda trochę od tego odbiega, gdyż Pat ze swoimi zaburzeniami wcale nie ma się dobrze. Nie potrafi kontrolować gniewu, dlatego chodzi na terapię do doktora Cliffa, który okazuje się być najlepszym terapeutą, z jakim miał do czynienia. Ale czy kroki jakie podejmuje Pat, wystarczą by odzyskać żonę, która nie chce mieć z nim nic wspólnego?

Co to była za książka! Trochę się przy niej umęczyłam. No dobra, nie było aż tak źle, bo przecież narracja prowadzona przez głównego bohatera była naprawdę zabawna, ale cała reszta już niekoniecznie. To znaczy, fajnie było siedzieć w głowie Pat'a, któremu troszkę brakuje piątej klepki, ale z drugiej strony było wiele elementów, które mi się bardzo nie podobały i były najzwyczajniej w świecie nudne. Pat, zarówno jak jego ojciec i brat są ogromnymi fanami Orłów- to znaczy drużyny piłkarskiej, ich mecze odbywają się bardzo często i zupełnie nie rozumiem po co autor tak bardzo się na nich skupiał. Opisy były długie i męczące, od razu przyznaję, że nawet ich nie czytałam do końca, tak bardzo mnie nudziły. Poza tym, co mnie obchodzi przebieg jakiegoś wymyślonego meczu? To było zbędne. Ale okej, autor pokazał w ten sposób, jak wielką rolę odgrywały mecze w życiu Pat'a i jego rodziny.

Mimo, że książka nie podobała mi się ani trochę, to uważam, że ma ona jedną mocną stronę. Mianowicie bohaterów, którzy są świetnie wykreowani. Jest tak: fabuła kuleje, ale bohaterowie są pierwszorzędni. O Pat'cie już sporo pisałam, ale nie wspomniałam ani słowem o Tiffany. Jest ona również ważną postacią, która jakby nie było w pewien sposób pomaga Pat'owi. Tiffany jest w jakimś stopniu do niego podobna. Niedawno straciła męża w wypadku i przez długi czas nie mogła się pozbierać po tym wydarzeniu. Tak jak Pat, chodzi ona na terapię, a oprócz tego codziennie towarzyszy mu podczas porannego joggingu. Chociaż nie odzywają się do siebie prawie wcale, łączy ich pewna dziwna relacja. Tiffany również należy do bohaterek raczej nadzwyczajnych, a zarazem interesujących.

Niestety, mimo chęci nie mogę napisać, żeby to była dobra książka. Jak dla mnie to smutne rozczarowanie, ponieważ spodziewałam się po niej czegoś znacznie lepszego. Umęczyłam się przy niej i na pewno nie chciałabym więcej tego przechodzić, więc oczywiście jej nie polecam. Nawet zabawni bohaterowie i ogólna myśl przewodnia książki, by myśleć pozytywnie, bo dzięki nastawieniu wiele może się zmienić, nie są w stanie zrekompensować okropnie nudnej całości i kulejącej akcji. 

wtorek, 27 maja 2014

69. Dziennik Bridget Jones - Helen Fielding



Tytuł: 
Dziennik Bridget Jones
Autor: Helen Fielding
Stron: 367
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ocena: 3/6 5/10




Bridget Jones. To nazwisko prawie kultowe. Pierwszy raz o niej usłyszałam wiele lat temu. Zaczęłam odwrotnie niż zazwyczaj i najpierw obejrzałam film, by dopiero po kilku latach przeczytać samą książkę. Długo czasu mi to zajęło, ale za to byłam jej niezmiernie ciekawa. Pamiętam, że filmy z Bridget, zawsze mnie rozśmieszały do łez, więc po książce spodziewałam się, że będzie jeszcze lepsza. Czy tak było?

Bridget myśli, że jej życie ułoży się gdy tylko: schudnie, przestanie palić i znajdzie odpowiedniego faceta. Ma przynajmniej taki zamiar, ale jak to powszechnie wiadomo, często tylko na zamiarach się kończy. Książka ta, jest kroniką wydarzeń z życia lekko szalonej i nierozsądnej Bridget Jones. Cóż można więcej o niej powiedzieć? Bridget jest po trzydziestce, wie, że już dawno powinna znaleźć sobie odpowiedniego faceta, ale przecież to nie jej wina, że cały czas trafia na "emocjonalnych popaprańców". Jest ona na pewno postacią nietuzinkową, ale zarazem głupiutką. Nie wiem czy to przemawia na jej korzyść. Chyba jednak nie. Jej dziennik jest spisany chaotycznie i czasami trudno jest się połapać o co jej chodzi. Właściwie to cała książka wydaje się być napisana tak jakby w pośpiechu i nie do końca przemyślana. 

Czytanie tej książki, szło mi dość ciężko. Spodziewałam się raczej lekkiej lektury, która mnie rozbawi, a śmiałam się właściwie tylko kilka razy. Nie wiem czemu tak wyszło, ale gdy już zaczęłam czytać, to tylko sprawdzałam ile jeszcze kartek zostało mi do końca. Owszem, książka ma też ciekawe momenty, ale było ich stosunkowo niewiele do tych, przy których się nudziłam. Może, to dlatego, że znam film i mimo, że odbiega on od książki to i tak wiedziałam czego mogę się spodziewać. Wielka szkoda. Nastawiałam się na przyjemną lekturę przy, której się zrelaksuję po dopiero co napisanej maturze, a tu taka klapa. 

Film o Bridget mogę oglądać w kółko i wcale mi się nie nudzi. Natomiast z książką było zupełnie na odwrót i czytać jej więcej na pewno nie będę. Umęczyłam się przy niej i wynudziłam. Jones w wersji książkowej stała się płytka, głupiutka i nierozsądna. W książce dzieją się naprawdę dziwne rzeczy i na pewno nie są one ciekawe. Teraz trochę żałuję czasu spędzonego przy niej, a po kolejne części nie mam zamiaru sięgać.  Raczej nie polecam, chociaż to sprawa indywidualna, bo wiem, że wielu osobom "Dziennik Bridget Jones" bardzo się podobał, a jak wiadomo gusta są różne. Sami musicie zdecydować czy chcecie ją czytać :)


1. Dziennik: Bridget Jones ♦ 2. Bridget Jones: W pogoni za rozumem ♦
3. Bridget Jones: Szalejąc za facetem





czwartek, 17 kwietnia 2014

67. Tajemnice Ali - Sara Shepard


Tytuł: Tajemnice Ali
Autor: Sara Shepard
Seria: Prequel Pretty Little Liars
Stron: 299
Tytuł oryginału: Ali's Pretty Little Lies
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 3/6 4/10

Księżniczka Rosewood Day

Nie wiem co książki Sary Shepard w sobie mają, że mimo tego iż żadna z nich mnie nie zachwyca, to ciągle sięgam po kolejne książki jej autorstwa. Najwyraźniej coś mnie do nich przyciąga i tak oto jestem po lekturze "Tajemnic Ali". Jeżeli chodzi o serię Pretty Little Liars, to jestem dopiero po dwóch pierwszych tomach i nie wiem czy dokończę ich czytanie (liczba tomów trochę mnie przeraża). W każdym razie miałam ochotę sięgnąć po prequel tej historii.

"Tajemnice Ali" pokazują życie Alison DiLaurentis przed wydarzeniami z Pretty Little Liars. Szczerze mówiąc byłam zaskoczona pewnymi faktami, o których nie wiedziałam. Przynajmniej nie z serialu, bo tylko z nim jestem na bieżąco. Ali to dziewczyna o dość skomplikowanym życiorysie. W tej książce dowiadujemy się, co mogło skłonić ją do takiego postępowania, a nie innego. Ci, co znają Ali z serii PLL zapewne wiedzą co mam na myśli. Jest to przecież piękna dziewczyna, która skrywa w sobie wiele tajemnic. Nie można o niej powiedzieć żeby była miła i pomocna dla innych. No może, dla swoich przyjaciółek, ale przecież (przynajmniej w serialu) Ali jest znana z tego, że należy/należała do najbardziej popularnych osób. A jak to bywa z popularnością-trzeba sobie na nią zasłużyć. Alison jest typem dziewczyny, która wszystkimi rządzi, na pozór może to nawet wyglądać, że nie ma w sobie żadnych pozytywnych uczuć, ale pod przykrywką idealnej dziewczyny, kryje się dużo tajemnic.

O tym właśnie jest ta książka. Pokazuje, co tak naprawdę czuje Ali oraz dzięki niej możemy poznać pamiętne wydarzenia z Rosewood z jej perspektywy. Byłam jej ciekawa odkąd pojawiła się w zapowiedziach. Jako, że jestem naprawdę wielką fanką serialu, to chciałam bliżej poznać życie tej dziewczyny. Ale niestety książka nie do końca spełniła moje oczekiwania. Spodziewałam się ciekawych historii, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, o pokazaniu Alison z zupełnie innej strony. W połowie dostałam to czego oczekiwałam, ale nie do końca. Przede wszystkim spędziłam czas na czytaniu o najbardziej rozpuszczonej dziewczynie na świecie. Ta książka jest przesiąknięta głupiutkimi dziewczynami, które za swoją "liderką" pójdą w ogień. Dawno nie czytałam takiego odmóżdżacza. (Może z wyjątkiem "Gry w kłamstwa"-tej samej autorki z resztą). Nie wiem czy to moje gusta czytelnicze się zmieniły, czy może to sama w sobie książka jest dla osób, które lubią czytać książki, które nic nie wnoszą do ich życia. Chodzi mi o to, że prawie żaden z wątków mi się w niej nie podobał. Więc naprawdę się rozczarowałam. W sumie dowiedziałam się kilku ciekawych faktów, które może i by mi pomogły odpowiedzieć na kilka nurtujących mnie pytań odnośnie serialu, ale przecież to jest książka, a serial jest zdecydowanie od niej różny, więc nawet nie wiem czy mi w czymś pomogła.

Na plusa mogę zaliczyć przede wszystkim przepiękne wydanie książki. Okładka, zarówno jak i jej wnętrze są wykonane bardzo estetycznie. Aż przyjemnie się sięga po takie książki, szkoda tylko, że w tym przypadku piękna okładka, nie odzwierciedla jej treści. Mimo wszystko "Tajemnice Ali" nie są takie złe. Kilka aspektów mi się podobało, dlatego nie spisuję jej na straty. Mało tego, wiem, że na tej książce moja przygoda z Sarą Shepard się nie skończy, bo na półce mam jeszcze inny dodatek Pretty Little Liars mianowicie "Sekrety". Którego jakby nie było nadal jestem ciekawa. Tak więc, jak we wstępie wspominałam książki tej autorki mają to do siebie, że mimo iż często mnie rozczarowują to i tak nadal po nie sięgam. Coś w nich musi być.

Reasumując sama nie wiem czy polecać Wam "Tajemnice Ali". Jeżeli o mnie chodzi, to rozczarowałam się tą książką i spodziewałam się po niej czegoś więcej. Ale nie ukrywam, że jest to świetna gratka dla fanów serii Pretty Little Liars. Sami zdecydujcie czy chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o tajemniczej Alison DiLaurentis.

sobota, 29 czerwca 2013

57. Ciotki- Anna Drzewiecka


Tytuł: Ciotki
Autor: Anna Drzewiecka
Stron: 150
Wydawnictwo: M

Dzieciństwo. Każdy z nas na pewno z nostalgią powraca do wspomnień z młodych lat. Często wspomnienia są wesołe i przepełnione radością, ale nie zawsze. Ja na przykład zawsze lubię powracać myślami do czasów beztroskich zabaw, gdzie życie wyglądało na znacznie łatwiejsze niż obecnie. Anna Drzewiecka postanowiła, że spisze właśnie swoje wspomnienia z dzieciństwa. Tak też się stało i powstała książka "Ciotki".

"Ciotki" to książka, która nie ma porywającej akcji, ani jednego tematu przewodniego. Jest ona jednym zbiorem, wielu wspomnień z życia autorki. Autorka nie pisze "suchych" faktów, ale przedstawia swoje wspomnienia nie tylko wizualnie, ale również poprzez smak, zapach i dźwięki, dzięki czemu zdarzenia przedstawione są w o wiele ciekawszy sposób.

Książka ta nie posiada jednego głównego wątku,wokół którego rozgrywałaby się akcja, za to w każdym rozdziale poznajemy inną historię. Anna Drzewiecka przelewa na papier swoje wspomnienia często usłyszane od bliskich, ale także te których sama doświadczyła. Rozdziały są poświęcone głównie członkom jej rodziny, pokazuje ona czytelnikowi jak postrzegała swoje ciotki, gdy była jeszcze małym dzieckiem. Ciotek było aż osiem i każda z nich była inna i na swój sposób wyjątkowa. Dużym plusem książki, są właśnie jej bohaterowie, których pani Drzewiecka przedstawia w bardzo rzeczywisty sposób.

Autorka ma niesamowity dar opowiadania historii w interesujący sposób, potrafi sprawić, by czytelnik przeniósł się kilkanaście lat wstecz i razem z narratorką przyglądał się życiu ciotek jak i reszcie rodziny. Mimo tego, że każdy rozdział opowiada o czym innym, czytelnik nie ma wrażenia nie ciągłości wydarzeń, dzięki temu, że pisarka umiejętnie potrafiła swoje historie spisać i w pewnym stopniu połączyć.

Książkę czyta się szybko i przyjemnie, ponieważ jest to historia która ma zaledwie 150 stron, przez co czytelnik nie ma czasu się znudzić, ale za to może przypomnieć sobie czasy, kiedy to on był małym dzieckiem. "Ciotki" polecam osobom, które lubią tego typu powieści, dzięki którym na nowo mogą odkryć smaki i zapachy dzieciństwa.


Za książkę dziękuję Wydawnictwu M

niedziela, 23 czerwca 2013

56. Gwiazd naszych wina - J. Green

Tytuł: Gwiazd naszych wina
Autor: John Green
Tytuł oryginału: The Fault In Our Stars
Stron: 310
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ocena: 5/6  8/10


Uchronić od zapomnienia

John Green. Teraz nazwisko tego pisarza, zapewne nie wydaje Wam się już obce. Kiedyś, gdy czytałam recenzje na temat książki "Gwiazd naszych wina" nieznanego mi pana Greena wydawało mi się to zwykłą i banalną powieścią, dlatego nawet nie miałam zamiaru po nią sięgać. Ale pozytywnych recenzji ciągle przybywało, a ja miałam wrażenie, że tylko ja jej jeszcze nie przeczytałam. Mimo, że tematyka i fabuła jest kompletnie nie z mojej bajki, zdecydowałam, że muszę ją przeczytać.

Hazel Grace ma szesnaście lat. Wspaniały wiek, przed tobą całe życie, świetlana przyszłość. Ale nie w przypadku Hazel. Dziewczyna cierpi na raka tarczycy z przerzutami do płuc. Jej nieodłącznym przyjacielem jest aparat tlenowy Philip, bez którego nie może nigdzie się ruszyć. Jej życie towarzyskie od dawna jest znikome, od trzech lat nie chodzi do szkoły, a największą atrakcją jest dla niej oglądanie maratonu America's Next Top Model, a wieczorem wyjście na spotkanie grupy wsparcia w Dosłownym Sercu Jezusa. Pewnego wieczora na grupę wsparcia przychodzi Augustus Waters, który towarzyszy swojemu przyjacielowi Izaacowi. Gus cierpi na kostniakomięsaka, czyli raka tkanki kostnej, przez którego musiał mieć amputowaną nogę. Między chłopakiem, a Hazel zaczyna rodzić się niezwykłe uczucie.

Jak wspomniałam we wstępie tematyka jest zupełnie "nie moja", ale mimo wszystko sięgnęłam po tą książkę z czystej ciekawości. Skoro wszyscy tak się nią zachwycają, to sama musiałam się przekonać, o jej genialności na własnej skórze. Jak to u mnie zwykle bywa, miałam wygórowane wymagania, ale w końcu miałam powody dla, których tak wysoko postawiłam poprzeczkę. Wyszło, w końcu tak, że książka mi się podobała, ale zachwytu nie ma. Nie mogę się za bardzo wypowiedzieć co do jej oryginalności, ponieważ nie czytam książek z tego gatunku, więc ciężko mi jest też ocenić czy wybija się ona na ich tle, ale na pewno muszę przyznać, że zasługuje na uwagę.

„Moje idee to gwiazdy, których nie potrafię ułożyć w konstelacje.”

John Green przedstawił życie normalnej nastolatki chorej na raka. Hazel jest postacią, z którą każdy może się utożsamić i to właśnie podobało mi się najbardziej. Dlatego za największego plusa uważam właśnie kreacje bohaterów. Poznajemy dziewczynę, której życiem kieruje choroba, ale Hazel jest pogodzona ze swoim losem, jest silna i nie użala się nad sobą. Wie, że jest śmiertelnie chora i nic na to nie może poradzić, ale w chwili gdy poznaje Augustusa postanawia żyć jak najlepiej. Chłopak jest najkrócej pisząc: wspaniały. Próbują razem tworzyć przepiękny związek, w którym walczą o każdy dzień razem. Zadziwiające było podejście Gus'a do życia jak i śmierci. Często podchodził do tego z dystansem i humorem, dlatego dzięki niemu życie Hazel nabrało kolorów.

Książka jest przepełniona wieloma emocjami. Nie jest to płaczliwa i banalna powieść. Mimo trudnej tematyki, pan Green w swojej książce zawarł wiele humoru i radości. Dlatego nie ma tam ciągłej atmosfery smutku i przygnębienia. Ale mam wrażenie, że "Gwiazd naszych wina", jest nie do końca opowiedziana. Brakowało mi więcej relacji Hazel-Gus, przecież tworzyli oni taką wspaniałą parę, a ciągle tak mało się o nich dowiedziałam. Książka po prostu za szybko się skończyła..
 "Gwiazd naszych wina" jest książką, która na pewno zawiera bardzo ważny morał. Żyj najlepiej jak potrafisz i doceniaj życie. Często nie doceniamy tego co mamy i narzekamy na nasze życie, nie zauważając, że tak naprawdę jesteśmy szczęściarzami. Ta książka przyda się właśnie takim osobom, które ciągle pragną czegoś więcej zamiast cieszyć się z tego co mają. Na pewno skłania ona do głębszych przemyśleń, dlatego polecam ją każdemu, bo naprawdę warto.

 „Świat –zauważył – nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń.”





sobota, 4 maja 2013

53. Ostatnia spowiedź- Nina Reichter


Tytuł: Ostatnia spowiedź Tom I
Autor: Nina Reichter
Stron: 375
Wydawnictwo: Novae Res
Seria: Ostatnia spowiedź #1
Ocena: 3/6  5/10


Jak kocha ten, którego kochają tysiące

Był czas kiedy "Ostatnia spowiedź" była prawdziwym "hitem internetu" tak jak jest to napisane nawet na okładce. Wtedy wszędzie czytałam całą masę zachęcających recenzji, po których nie mogłam się doczekać aż sama na własnej skórze przekonam się o genialności tej oto książki. Jak na złość, nie miałam jak jej zdobyć, bo nawet z księgarni była wyprzedana! Kiedy wreszcie się doczekałam, mój entuzjazm był już mniejszy, ale zabrałam się do czytania ze sporymi oczekiwaniami.

"Bo gdy serce mówi, muzyka milknie, a słowa bledną..."

Bradin Rothfeld, to dziewiętnastolatek, którego na pewno nie można nazwać przeciętnym. Jest on bożyszczem wielu kobiet w całej Europie, które jednymi słowy za nim szaleją. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na samolot i przez to czeka na lotnisku na kolejny lot, gdzie poznaje dziewczynę, o której na długo nie może zapomnieć.

Ally Hanningan, główna bohaterka książki, zaplątana jest w bardzo dziwny związek ze starszym od siebie facetem, którego wcale nie kocha,a jest z nim, głównie ze względu na swoją rodzinę. Już wkrótce dziewczyna ma się przeprowadzić do swojego, nowego domu we Francji, gdzie czeka ją nowe życie na własną rękę. Jej życie przewraca się do góry nogami gdy na lotnisku poznaje bruneta o ślicznych brązowych oczach. Chłopak jest zafascynowany osobą Ally, która nie ma bladego pojęcia, że rozmawia z gwiazdą rocka. Spędzają ze sobą noc na rozmowie i obydwoje czują do siebie więcej niż powinni, a przecież dobrze wiedzą, że już nigdy się nie spotkają. Chyba, że los będzie im sprzyjał...

Początek książki, o dziwo mi się podobał, ale potem było już tylko gorzej. Szczerze mówiąc jestem zdumiona, że trafiłam kolejny raz na książkę, którą zachwycają się dosłownie wszyscy oprócz mnie. Może z moim romantyzmem jest coś nie tak? Raczej nie, ale na "Ostatniej spowiedzi" bardzo się zawiodłam... Na dodatek, jeszcze zanim zaczęłam tą książkę, wyczytałam gdzieś, że była ona na początku fanowską opowieścią o zespole Tokio Hotel! :O Przez to zamiast Bradina widziałam Billa, a Toma hmm no właśnie imię nawet to samo, jako Toma z TH. Zdecydowanie zadziałało to u mnie na niekorzyść, chociaż o zgrozo, dobrych parę lat temu byłam nawet fanką tego zespołu.

Główna bohaterka Ally, to jedna z najbardziej denerwujących postaci z jakimi miałam do czynienia. Jak można zachowywać się tak jak ona? Jej zachowanie było nie do pomyślenia, nie wiem jak mogła być ciągle ze swoim facetem, który odrzucał mnie pod każdym względem, skoro mogła być szczęśliwa z Bradinem. Największa głupota z jaką się spotkałam, a jej powody były bezsensowne.
Bradin... owszem chłopak jak najbardziej zrobił na mnie pozytywne wrażenie, ale moim zdaniem był on za bardzo 'wspaniały'. Na każdym kroku tylko 'oh! ah!' na jego temat i nic poza tym, a przecież chyba nikt nie lubi aż tak wyidealizowanych postaci.

Język jakim jest napisana "Ostatnia spowiedź", jest godny uwagi. Szczególnie słowa na początku książki przyciągają uwagę gdyż są napisane wręcz poetyckim językiem. To mi się podobało, książka jest pod tym względem ciekawa i czytałoby się ją dobrze gdyby nie ta monotonna fabuła. Nie potrafiłam się wczuć w klimat opowieści i wręcz nie mogłam się doczekać kiedy zbliżę się już do końca, bo wszyscy pisali, że właśnie zakończenie jest niesamowite. Kolejna klapa i straszna głupota jak dla mnie. Nawet nie potrafiłam się przejąć takim finałem. Nie wiem dlaczego aż tak jestem nastawiona do tej książki, ale naprawdę miałam chyba za duże oczekiwania. Nie cierpię się zawodzić na książkach, ale widzę, że powinnam przestać się nastawiać na nie wiadomo co, za każdym razem, bo nic dobrego z tego nie wynika.

"Ostatnia spowiedź" nie przypadła mi do gustu. Nie wiem czy jest to kwestia gatunku czy może tego, że nie potrafiłam wczuć się w jej klimat i fabułę, która była dla mnie po prostu nudna i banalna. Zabrakło mi w niej jakiejś większej akcji, chociaż wiem, że nie jest to tego typu książka, a to chyba znak, że to nie jest mój gatunek. Jeżeli o mnie chodzi, to jej nie polecam, ale jakby nie patrzeć to wszystkim innym się podoba, więc może nie bierzcie mojej opinii do serca :)