Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 grudnia 2016

Przedpremierowo: W sercu światła - Amie Kaufman & Meagan Spooner


Tytuł: W sercu światła
Tytuł oryginału: Their Fractured Light
Autorki: Amie Kaufman, Meagan Spooner
Seria: Starbound #3
Stron: 367
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
PREMIERA: 11 stycznia 2017


Po skończeniu drugiego tomu serii Starbound, marzyłam tylko o tym by zabrać się za następny. Miałam to szczęście, że "W sercu światła" miałam już dostępne pod ręką, zatem bez długiego czekania mogłam zanurzyć się w lekturze.

Sofia jest uciekinierką z Avonu. Po tragicznej śmierci ojca trafia na Korynt, gdzie wiedzie życie w ciągłym strachu i obawie, że wkrótce zostanie złapana. Jednak dziewczyna jest pogodzona z losem, a co najważniejsze przyświeca jej jeden cel, który chce zrealizować bez względu na konsekwencje i jest nim zemsta na Rodericku LaRoux, który odebrał jej wszystko. Aby tego dokonać będzie potrzebować pomocy innych osób, ale czy ją otrzyma i za jaką cenę?

Gideon wiele lat temu stracił brata. Chłopak nadal nie pogodził się z tą stratą, ale swoją rozpacz zamienił w siłę, która pomogła mu się stać najlepszym hakerem na planecie, jeśli nie całej galaktyce. Poprzez kable i sieci może kontrolować prawie wszystko. Okazuje się, że z Sofią mają wspólnego wroga i cel, którym jest pokonanie LaRoux Industries i tego kto stoi na czele organizacji. Mimo, że oboje mają ogromne problemy z zaufaniem, postanawiają dać sobie szansę i razem stawić czoła wrogowi.

Nie mogę uwierzyć, że właśnie skończyłam czytać ostatni tom Starbound, serii którą niezmiernie polubiłam. "W sercu światła" przenosi nas na planetę Korynt, gdzie wszystkie spiski i intrygi mają miejsce. Mam wrażenie, że ta część jest zupełnie inna od poprzednich. Czułam jakby ona cała była wielkim finałem od początku do końca, może dlatego, że akcja była jeszcze bardziej zagęszczona niż przy poprzednich dwóch. Planeta Korynt jest bardzo rozwinięta, szczególnie pod względem technologicznym. Jeden z dwójki głównych bohaterów Gideon czuje się tam jak na swoim terenie, a ze swojej kryjówki może obserwować wszystko, wystarczy, że podłączy się do sieci. Dzięki temu jest idealnym sprzymierzeńcem dla Sofii, ale nie tylko dla niej, gdyż mniej więcej od połowy książki, powracają nasi starzy i dobrzy bohaterowie z poprzednich części, co oczywiście było dużym plusem. Natomiast co za tym idzie, z wszystkich postaci w serii, Sofię i Gideona poznajemy najmniej.

"W sercu światła" nie skupia się już tak bardzo na samych bohaterach, a bardziej na akcji i głównym celu wszystkich postaci. Każdy z nich pragnie klęski LaRoux i przywrócenia wolności "Szeptom". Lilac, Tarver, Jubilee, Flynn, a także Sofia i Gideon wspólnymi siłami walczą zarówno z tym co nieznane i nieodgadnione czyli Szeptami, ale również z bliską osobą dla Lilac. Nie będzie to łatwy pojedynek, ale żadna ze stron nie chce odpuścić.

Przez ostatnie rozdziały było mi naprawdę smutno, że to już koniec tak fantastycznej kosmicznej serii, bo zżyłam się z bohaterami i na pewno będzie mi ich brakowało. Swoją przygodę z serią będę wspominać bardzo ciepło, mimo, że przecież świat w niej przedstawiony był pełen okrucieństwa i smutku, lecz poprzez wszystkie te złe uczucia przebijała się nadzieja i miłość. Trzy piękne historie i szóstka wspaniałych bohaterów- seria Starbound zdecydowanie podbiła moje serce. Polecam serdecznie!

Za możliwość lektury, dziękuję Wydawnictwu Otwarte

sobota, 10 grudnia 2016

Przedpremierowo: W spojrzeniu wroga - Amie Kaufman & Meagan Spooner


Tytuł: W spojrzeniu wroga
Autorki: Amie Kaufman & Meagan Spooner
Seria: Starbound #2
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 6/6
PREMIERA: 11 stycznia 2016


Seria Starbound podbiła moje serce już przy pierwszym tomie. O tej kosmicznej historii bardzo długo nie mogłam zapomnieć, a teraz w końcu doczekałam się jej kontynuacji! Nawet nie wyobrażacie sobie jak się cieszę z tego powodu. Ale do rzeczy! Czy "W spojrzeniu wroga" jest co najmniej tak dobre jak "W ramionach gwiazd"?

Lee Chase jest bezwzględną żołnierką. Ukształtowały ją tragiczne doświadczenia z przeszłości, przez co musiała ukrywać się pod maską człowieka bez duszy i serca. W końcu przy karierze jaką wybrała, okazywanie jakichkolwiek uczuć byłoby niczym więcej jak przeszkodą. Lee stacjonuje od niedawna na planecie Avon. Niestety nie jest to przyjazne miejsce, nawet same środowisko naturalne o tym świadczy. Od lat na planecie przeprowadzane są badania, które mają pomóc w rozwinięciu się roślinności, jednak tak zwana Terraformacja nie przynosi rezultatów. Mieszkańcy planety są podzieleni, Rebeliantom udało się zyskać rozejm ze stacjonującymi na Avonie żołnierzami, jednak jest on kruchy jak lód. Wystarczy niewielka iskra by go złamać. 

Flynn Cormac brat Orli- jednej z ważniejszych postaci wśród Rebeliantów, która poświęciła swe życie w walce o wolność, ma dość ciągłego czekania aż sprawy wymkną się spod kontroli i postanawia podjąć pewien bardzo ryzykowny krok. Dotyczy on Lee Chase i może być dla jego ludzi jedynym ratunkiem. Czy rebeliantowi uda się wywalczyć stały pokój, przy pomocy Chase? Plan wydaje się być szalony, zważywszy na to, że rebeliant i żołnierka są swoimi śmiertelnymi wrogami...

Gdy dowiedziałam się, że kontynuacja "W ramionach gwiazd" nie będzie prowadzona z perspektywy tamtejszych bohaterów, byłam zawiedziona. Przede wszystkim dlatego, że niezmiernie polubiłam Tarvera i Lilac, a zżerała mnie ciekawość jak potoczą się ich dalsze losy. Niemniej jednak, nadal chciałam dowiedzieć się co wydarzy się później, nawet jeśli oznaczało to pewne pożegnanie z ukochanymi bohaterami. Okazało się, że mimo iż nie są oni już głównymi postaciami, to nadal się w książce pojawiają. Dlatego każde wzmianki na ich temat mnie cieszyły, ale tym razem swoją uwagę przeniosłam na Jubilee i Flynna, którzy tak samo skradli moje serce. Autorki mają niezwykły dar kreowania swoich postaci, tak że nie sposób jest się nimi nie interesować lub ich nie polubić. Nie przychodzi to jednak od razu, ale dopiero po czasie, gdy razem z nimi podejmujemy się podróży po Avonie.

Tym razem autorki zaprosiły nas na właściwie umierającą planetę Avon. Panuje tam chaos i nieustanna walka pomiędzy dwoma stronami. W środku tego zamieszania, na mglistych bagnach czai się nieodgadniona moc. Wyraźnie widać tu podobieństwa do pierwszego tomu, jednak tutaj mamy okazję w końcu dowiedzieć się czegoś więcej na jej temat. W tej chwili jedyne o czym mogę myśleć, to trzeci tom, po którego przeczytaniu uzyskam resztę odpowiedzi. Wracając do "W spojrzeniu wroga", książka rzuciła mnie na kolana. Myślę, że to zasługa bardzo zgranego duetu Kaufman i Spooner, które kolejny raz spisały się świetnie. Autorki dokładnie wiedzą czego czytelnik pragnie i potrafią idealnie zagrać mu na emocjach. 

Drugi tom serii Starbound zrobił na mnie równie wielkie wrażenie jak poprzedni. Autorki udowodniły, że każdy aspekt tej historii mają dobrze przemyślany i wiedzą jak go rozegrać, tak aby czytelnik chciał więcej. "W spojrzeniu wroga" to pełna napięcia i emocji książka, od której nie mogłam się oderwać. Autorkom ponownie udało się stworzyć ciekawych i ludzkich bohaterów, których losy bardzo mnie poruszyły. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać pierwszego tomu, bardzo Was do tego zachęcam, a ja teraz zabieram się za "W sercu światła". Polecam!

Za możliwość przedpremierowej lektury, dziękuję Wydawnictwu Otwarte :)



wtorek, 23 lutego 2016

150. Przedpremierowo: "W ramionach gwiazd" - Amie Kaufman & Meagan Spooner

Tytuł: W ramionach gwiazd
Autorki: Amie Kaufman i Meagan Spooner
Seria: Starbound #1
Stron: 488
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 9/10

PREMIERA: 02.03.16

"W ramionach gwiazd" to książka, o której pierwszy raz usłyszałam jakiś rok temu od zagranicznych czytelników. Rzuciła mi się w oczy od razu, gdyż tak pięknej okładki nie sposób przeoczyć. Jako, że już od jakiegoś czasu bardzo chciałam ją przeczytać, byłam w siódmym niebie gdy zobaczyłam, że wkrótce ma się ona pojawić również u nas. Czy jest to książka, która faktycznie zasługuje na tyle pochwał, które napływają z każdej strony?

Lilac LaRoux to córka najważniejszego i zarazem najbardziej wpływowego człowieka w całej galaktyce. Wiedzie życie w luksusie i każda jej zachcianka spełniana zostaje bez żadnych problemów, wystarczy że dziewczyna kiwnie palcem. Dla niej przyjęcia balowe są normalnością, do której zdążyła się już przyzwyczaić, ale podróże międzygalaktyczne nie dla każdego stanowią taką samą rozrywkę. Dla Tarvera Merendsena, wojskowego, który dzięki swoim umiejętnościom i odwadze w walce na froncie zdobył liczne odznaki i tytuły, bale to sama męczarnia, ale gdy podczas jednego z przyjęć, zauważa przy jednym ze stolików samotną rudowłosą piękność, nie może się powstrzymać i postanawia bliżej ją poznać. Nie mija wiele czasu, a na promie, którym lecą dochodzi do katastrofy. Cudem tej dwójce w porę udaje się katapultować, nim ze statku pozostanie jedynie wspomnienie. Lilac i Tarver lądują na nieznanej planecie i od tej chwili ta dwójka, choć całkowicie od siebie różna, zdana jest tylko na siebie.

Rzadko kiedy sięgam po powieści, których akcja dzieje się w kosmosie, ponieważ takich historii napisano już tyle, że mam wrażenie, że już nic nowego mnie nie zaskoczy. Jednak sięgając po "W ramionach gwiazd" wiedziałam, że nie będzie to lektura powielająca stare schematy, a podczas czytania moje przypuszczenia tylko się potwierdziły. Panie Kaufman i Spooner stworzyły kosmicznie dobrą historię, od której nie mogłam się oderwać. Od momentu katastrofy statku, aż po sam koniec, nie byłam choćby przez chwilę pewna losów bohaterów. Myślałam, że wiem czego mogę się spodziewać, ale nic z tego, bo autorki co rusz zaskakiwały mnie czymś nowym i dotąd nieznanym. Kierują parę bohaterów na obcą planetę i zsyłają im na barki straszny ciężar, gdy na miejscu okazuje się, że z katastrofy cało wyszli tylko oni. Lilac i Tarver chociaż bardzo od siebie różni, muszą znaleźć sposób na przeżycie w tym dziwnym i odludnym miejscu.

Jestem pełna podziwu dla autorek za to jak poradziły sobie z przedstawieniem życia w kosmosie, a później na nieznanej planecie. Od samego początku podobał mi się plastyczny język jakim się posługiwały i namacalni bohaterowie. Odkąd lądują na obcej ziemi ich charaktery zmieniają się i ewoluują. Lilac i Tarver walczą o ratunek i przeżycie, a co za tym idzie zmuszeni są do porzucenia dawnych przyzwyczajeń i wygód oraz dostosować się do nowo zaistniałej sytuacji. Dla chłopaka są to warunki, do których jest w stanie szybko się zaadaptować, gdyż na froncie nie raz był w podobnych sytuacjach, natomiast pannie LaRoux jest znacznie trudniej. Zagubiona księżniczka w pięknej sukni i butach na obsach, nagle musi odłożyć na bok swoją dumę i maniery, dając z siebie wszystko, w poszukiwaniu czegokolwiek, co umożliwi im sprowadzenie pomocy. Nie da się ukryć, że bohaterowie przechodzą ogromną zmianę, a wspólna wędrówka uświadamia im, że są dla siebie kimś znacznie więcej niż tylko towarzyszami podróży. Między nimi rodzi się uczucie, które w normalnych warunkach nigdy nie miałoby szansy zaistnieć.

"W ramionach gwiazd" to książka naprawdę oryginalna, która nie daje o sobie zapomnieć przez długi czas, chociaż ciężko ją dokładnie przypisać do jednego gatunku, gdyż znajdą się tu elementy pasujące do science-fiction, a także Young Adult, a w pewnych momentach pojawiają się nawet motywy paranormalne. Autorki postarały się aby czytelnik z każdą stroną pragnął więcej i więcej, potęgując napięcie przez cały czas. Nic w tej książce nie było przewidywalne, a zwroty akcji momentami wbijały w fotel i wyciskały łzy z oczu. Jest to powieść o przetrwaniu, poszukiwaniu siebie i odnajdywaniu nadziei nawet w chwilach, gdy nic nie idzie po naszej myśli. Pięknie napisana historia, wciągająca od samego początku, którą gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte

środa, 3 lutego 2016

147. PREMIEROWO: "Linia serc" - Rainbow Rowell [akcja #czytamyrazem]

Tytuł: Linia serc Autor: Rainbow Rowell
Stron: 378 Wydawnictwo: Otwarte

AKCJA #CzytamyRazem

"#CZYTAMYRAZEM to akcja społeczna, której głównym zadaniem jest promocja wspólnego czytania książek przez mamy i córki. Wierzymy, że w ten sposób nie tylko pokażemy, że
literatura łączy pokolenia, a książki nie znają wieku, ale również udowodnimy,
że pożyczanie sobie nawzajem i czytanie tych samych książek może pomóc w
budowaniu lepszych relacji między rodzicami a dziećmi i poprawiać komunikację w
trudnym okresie dojrzewania. Zakładamy, że tak jak mama może polecać książki
swojej córce, tak córka może polecać książki swojej mamie, a wspólna lektura będzie
stanowić temat do rozmów." - opis ze strony Wydawnictwa

Gdy dostałam zaproszenie do wzięcia udziału w akcji #czytamyrazem, podjęcie decyzji nie sprawiło mi kłopotu. Spodobała mi się idea akcji, bo sama wychowałam się w rodzinie, w której czyta się dużo książek. Kiedyś to moi rodzice przodowali w tej dziedzinie, a teraz niezaprzeczalnie, role się odwróciły i to ja pochłaniam największą ilość tytułów. Było mi miło, że mogłam podzielić się wrażeniami z lektury z moją mamą, która również wzięła udział w wyżej wymienionej akcji. Zapraszam na naszą recenzję! :)

Georgie McCool wiedzie ciekawe życie, przy boku męża Neala i dwóch córeczek Alice i Noomi. Jej praca polega na pisaniu scenariuszy do komedii telewizyjnych i idzie jej to naprawdę świetnie. Niestety praca wymaga od niej wielu poświęceń, a przede wszystkim czasu. Kobieta rzadko bywa w domu, a dziećmi zajmuje się głównie Neal. Pewnego grudniowego dnia, na horyzoncie pojawia się niesamowita okazja dla Georgie. W końcu jej marzenia mogą stać się rzeczywistością, ale tu sprawy zaczynają się komplikować. Zbliża się Boże Narodzenie, a to oznacza, że powinna wyjechać z rodziną do Nebraski by jak zawsze świętować z rodziną Neala. Jednak Georgie postanawia w pełni zająć się pracą nad serialem, zamiast wyjechać. Dopiero po fakcie, kobieta uświadamia sobie, co też najlepszego zrobiła.

Relacje Neala i Georgie w ostatnich latach znacznie się pogorszyły, ale przecież nie zawsze było tak źle. Kiedyś byli jedną z tych zapatrzonych w siebie par, jednak czas płynął i każde z nich zajęte swoimi obowiązkami utraciło to, co było kiedyś dla nich najważniejsze. Gdy Neal wyjeżdża z córkami, a Georgie zostaje sama w Los Angeles, pracując nad scenariuszem, w końcu zdaje sobie sprawę jakie mogą być tego konsekwencje. Czy Neal ją zostawi? Czy ją jeszcze kocha? Gdy wszystko zaczyna się wokół niej sypać, na pomoc przychodzi magiczny, żółty telefon...

Rainbow Rowell już jakiś czas temu skradła moje serce za sprawą "Eleonory&Parka", pięknej historii dla młodzieży. Tym razem miałam okazję poznać jej twórczość skierowaną do dorosłych czytelników. Do końca nie wiem co sądzić o tej książce, gdyż z jednej strony mi się podobała, a z drugiej niektóre wątki, szczególnie ten z żółtym telefonem wydają mi się całkiem niedorzeczne. Zacznę może od tego co moja mama sądzi na temat "Linii serc" gdyż na większość tematów mamy podobne zdanie. Przede wszystkim moja mama nie jest osobą, która przepada za romansami i zazwyczaj zaczytuje się w kryminałach, dlatego z początku sceptycznie podchodziła do lektury. Jednak minęło trochę czasu i zauważyłam, że nawet dała się wciągnąć w fabułę. Na pierwszy rzut oka, powieść wydała jej się nieciekawa i nużąca. Dopiero po jej przeczytaniu, co zgodnie stwierdziłyśmy, można dostrzec w niej pewną wyjątkowość i głębszy sens. To książka o życiu, o relacjach międzyludzkich, a także o tym, że czasami jesteśmy tak zajęci sobą i gonitwą naprzód, że zapominamy co jest istotne. 

Dla Georgie praca była na pierwszym miejscu, co dla mojej mamy było zupełnie niepojęte. Sama ją w tej kwestii popieram, gdyż nie wyobrażam sobie, prowadzić takiego życia jak główna bohaterka "Linii serc" chociaż jestem w stanie ją zrozumieć. Od zawsze marzyła o stworzeniu serialu, razem ze swoim najlepszym przyjacielem Sethem, i gdy w końcu nadarzyła się ku temu okazja, nie wahała się. Dopiero później zaczęła sobie uświadamiać jak wiele może stracić, jeśli nie zawalczy o miłość Neala. Co było dla mnie i mamy zaskakujące, to wątek magicznego telefonu. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, aby nie psuć Wam lektury, napiszę tylko, że mi się on podobał, chociaż jestem trochę zła, że autorka w żaden sposób nie wyjaśniła jego działania i czy on w ogóle był prawdziwy, czy tylko działo się to w głowie bohaterki. Jest to sprawa nierozwiązana i autorka zostawiła ją czytelnikowi do rozgryzienia. To właśnie żółty telefon odgrywa w tej historii kluczową rolę. Dzięki niemu, Georgie zauważa wszystko z szerszej perspektywy i postanawia zmienić się na lepsze. 

Razem z mamą przyznałyśmy, że "Linia serc" to przyjemna książka, po przeczytaniu której człowiek uświadamia sobie, że powinien częściej doceniać to co ma i pielęgnować relacje z bliskimi, gdyż często nie zdajemy sobie sprawy ze znaczenia niektórych rzeczy i spraw, dopóki ich nie stracimy. Książka Rainbow Rowell może i nie ma pędzącej akcji, ani nie jest żadnym objawieniem, ale ma w sobie urok i typowe dla autorki ciepło bijące ze stron powieści. Reasumując, cieszę się, że mogłam wziąć udział w akcji i razem z mamą podzielić się wrażeniami z lektury, jak za dawnych czasów. Nam obu książka przypadła do gustu, chociaż mi trochę bardziej, ale to pewnie dlatego, że do książek Rowell mam sentyment. "Linia serc" to książka przepełniona ciepłem, humorem i miłością, w dodatku z odrobiną magii. Polecamy!

Za możliwość wzięcia udziału w akcji #czytamyrazem 
dziękujemy Wydawnictwu Otwarte!

niedziela, 20 grudnia 2015

144. Nigdy nie gasną - Alexandra Bracken

Tytuł: Nigdy nie gasną Autor: Alexandra Bracken
Seria: Mroczne Umysły #2 Stron: 477 Wydawnictwo: Otwarte

Serię Mroczne Umysły zaczęłam kilka miesięcy temu. Historia stworzona przez Alexandrę Bracken od razu przypadła mi do gustu. Świat, który wykreowała był przerażający i zarazem niezwykle mi się spodobał. Może zabrzmi to trochę złowieszczo, ale wizje mrocznej przyszłości takiej jak ta, od zawsze mnie fascynowały. Jest to coś czego na co dzień nie jesteśmy w stanie zauważyć w naszej rzeczywistości, coś co wydaje się być tak absurdalne, że aż niemożliwe i właśnie dzięki temu tak bardzo uwielbiam tego typu historie. 

Od wydarzeń opisanych w poprzednim tomie minęło pół roku. Ruby poddała się Lidze Dzieci w zamian za uwolnienie Liama. Przeszła wiele treningów, została wysłana na liczne misje, w których brała czynny udział. Od tego czasu nie było dnia żeby nie myślała o osobach, które musiała opuścić dla ich własnego dobra. Gdy w ośrodku zaczynają dziać się dziwne rzeczy, które tylko nieliczni potrafią dostrzec, dziewczyna wie, że coś musi z tym zrobić inaczej nikt im nie pomoże. Zostaje wysłana na kolejną, tajną misję, która może przynieść ratunek wszystkim dzieciom chorym na OMNI. 

Pierwszy tom serii czytałam kilka dobrych miesięcy temu. Teraz zastanawia mnie czemu wcześniej nie sięgnęłam po kontynuację, bo świetnie pamiętam jak lektura "Mrocznych Umysłów" mi się podobała. Najwyraźniej zawsze musiałam znaleźć coś innego pod ręką i tym sposobem kontynuację zepchnęłam na dalszy plan, czego teraz żałuję. Tyle zwlekać na tak genialną lekturę! Wspaniale było móc powrócić do świata Ruby i z wypiekami na twarzy śledzić jej losy. To co autorka jej w tym tomie zgotowała, to naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Nawet nie wiecie jak wiele emocji wzbudziła we mnie ta książka. Jestem pełna podziwu wobec Alexandry Bracken, bo to co wyszło spod jej pióra jest dosłownie fascynujące, a jej pomysłowość nie zna granic. 

Trzeba przyznać, że seria ta wcale nie należy do lekkich w odbiorze. Atmosfera jest ciężka, przesycona strachem i niepewnością. Wszystko dzieje się w swoim tempie, czasem niespiesznie, by za chwilę pędzić z niesamowitą prędkością. Ten klimat, który spowija serię, w moim odbiorze był wprost magnetyczny. Po przeczytaniu książki cały czas wracałam do niej myślami, bo nie sposób o niej zapomnieć. Czuję potrzebę przeczytania więcej, a jednocześnie wcale nie chcę już czytać ostatniego tomu, bo to oznaczałoby definitywny koniec. Dlatego na razie poczekam, zostanę myślami jeszcze przy genialnym drugim tomie, który nieodwołalnie skradł me serce.

Mroczne Umysły to seria, która w pełni zasługuje na te wszystkie pochwały, które się jej przypisuje. Jest zaskakująca, brutalna, ale też na swój sposób budująca. Pokazuje, być może odrobinę naiwnie, że jednostka jest w stanie sprawić, by świat wyglądał lepiej i bezpieczniej, bez konieczności używania przemocy czy wzbudzania strachu. Alexandra Bracken stworzyła świetną serię, którą czyta się z zapartym tchem. "Nigdy nie gasną" okazały się być bardzo dobrą kontynuacją, może nawet lepszą niż pierwsza część. Gorąco polecam!


1. Mroczne Umysły 2. Nigdy nie gasną 3. Po zmierzchu

wtorek, 8 września 2015

129. Oddam ci słońce - Jandy Nelson

Tytuł: Oddam ci słońce Autor: Jandy Nelson
Stron: 372 Wydawnictwo: Otwarte

Cześć!
Dziś razem z Blair przygotowałyśmy dla Was dość nietypowy post. Wydawnictwo Otwarte zaproponowało abyśmy napisały recenzję książki “Oddam ci słońce” na dwa głosy. Powieść Jandy Nelson odebrałyśmy całkowicie inaczej, a nasze opinie na jej temat są skrajnie różne, co na pewno zaowocuje ciekawą dyskusją, którą możecie przeczytać poniżej. :)


Alys: Wow! Dawno nie czytałam tak dobrej książki. “Oddam ci słońce” wprost mnie zachwyciło. Jak Twoje wrażenia?
Blair: Całkowicie inne niż Twoje. Książka w żaden sposób mnie nie oczarowała, a wręcz przeciwnie, wynudziłam się i zmarnowałam przy niej czas.
Alys: Nie wierzę. Jak to możliwe?
Blair: Ja też jestem w szoku, że książka Ci się spodobała! Dla mnie “Oddam Ci słońce” było nudne i bardzo zawiodłam się na tej powieści. Nie twierdzę, że książka jest beznadziejna, bo znalazła ona wielu zwolenników, ale ta historia do mnie nie przemówiła i jestem nią zawiedziona, bo naprawdę myślałam, że to będzie coś wspaniałego, a po przeczytaniu czułam tylko zawód. A Tobie co się w niej spodobało?
Alys: Myślę, że ta książka była dla mnie świetna jako całość, na którą złożyło się kilka elementów, dzięki którym mi się spodobała. Przede wszystkim historia Noah i Jude była całkowicie nietuzinkowa i wręcz magiczna. Zachwycił mnie jej klimat i piękne przesłanie. Dzięki tej książce uświadomiłam sobie kilka rzeczy i spojrzałam na niektóre wydarzenia z zupełnie innej perspektywy! Uwielbiam to jak wrażliwych bohaterów o artystycznej duszy stworzyła Jandy Nelson.
Blair: A ja zupełnie na odwrót. Bohaterowie, a zwłaszcza Noah strasznie mnie irytowali i w ogóle się z nimi nie zżyłam. Byli dla mnie nijacy i ich nie polubiłam. Może dlatego odebrałam tę książkę tak negatywnie, bo przecież w takich historiach, utożsamienie się z bohaterami przyczynia się do odkrycia głębszego znaczenia i przesłania książki . Ja w “Oddam Ci słońce” nic takiego nie odnalazłam.
Alys: Myślę, że inność tych bohaterów nie każdemu mogła się spodobać. Ja nigdy nie miałam styczności z takimi ludźmi jak Noah czy Jude, dlatego spojrzenie na życie z ich perspektywy, trochę otworzyło mi oczy. Są oni przykładem na to, że często najbliższe nam osoby mogą nas najmocniej skrzywdzić, a konsekwencje tego mogą być straszne dla obu stron. Na pewno nie była to łatwa książka, bo dotyka ona poważnych kwestii, ale autorka postarała się żeby była ona przystępna dla każdego, bez względu na wiek, czy upodobania. “Oddam ci słońce” wywołała we mnie całą gamę emocji i wzruszeń, dlatego wiem, że na długo zostanie ona w mojej pamięci.
Blair: Rozumiem twoje zdanie i twoje odczucia. Uważam, że takie książki jak “Oddam Ci słońce” znajdują albo wielbicieli, którzy wprost zakochują się w historii i znajdują jej głębsze znaczenie, albo osoby, które nie widzą w tej książce nic interesującego i uważają ją za niewartościową.
Alys: Wygląda na to, że ja należę do pierwszej grupy, a Ty do drugiej co jest dobre, bo przynajmniej osoby, które jeszcze nie czytały książki mogą poznać dwie odbiegające od siebie opinie na temat tej samej lektury.

Podsumowując:

Blair: “Oddam Ci słońce” to książka dość specyficzna, która nie każdemu się spodoba. Książka w żaden sposób mnie nie zaciekawiła, a jedynie zanudziła. Nie znalazłam w niej nic interesującego i mocno zawiodłam się na lekturze. Po raz kolejny dałam się uwieść marketingowi, który przekonał mnie, abym sięgnęła po książkę, której nawet nie miałam w planach, ale wysokie oceny i jej promocja poskutkowała tym, że zabrałam się za dzieło Jandy Nelson i to był błąd. Dlatego odradzam Wam przeczytanie tej oto historii, bo jest ona dość charakterystyczna, a cały ten pomysł byłby dobry na film, a nie na książkę, która jest męcząca, rozległa, nudna i nie wnosi nic do życia.
Ocena: 2/10

Alys: Książka Jandy Nelson oprócz niezwykłej fabuły, została napisana w fantastyczny sposób. Autorka zaskoczyła mnie swoim niepowtarzalnym stylem, który sprawił, że przeczytałam ją w jeden dzień, bo wprost nie mogłam się oderwać. Dawno nie przytrafiło mi się żebym została pochłonięta przez lekturę do tego stopnia. Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, która najbardziej mnie w tej książce urzekła, będą to niewątpliwie główni bohaterowie. Noah i Jude to bardzo wrażliwe dusze, które spotkały na swojej drodze wiele przeciwności losu, jednak aby móc ruszyć dalej ze swoim życiem, potrzebują siebie nawzajem. Czasem nawet najcięższe chwile są do zniesienia, jeśli mamy odpowiednią osobę przy swoim boku.

"Oddam ci słońce" to książka jedyna w swoim rodzaju. Mnie mocno złapała za serce i nie wiem jak ktokolwiek mógłby przejść obok niej obojętnie. Polecam bardzo gorąco!

Ocena: 10/10
***

Dziękujemy za przeczytanie tej nietypowej recenzji. Jeśli chcecie, abyśmy częściej wspólnie pisały nasze opinie na temat jakiejś książki lub filmu, dajcie znać, my na pewno chętnie to powtórzymy. Pisanie tej wspólnej recenzji było dla nas bardzo ciekawym doświadczeniem, dlatego mamy nadzieję, że nasza dyskusja przypadła Wam do gustu :)


Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Otwarte!

czwartek, 23 lipca 2015

123. Czerwona Królowa - Victoria Aveyard

Tytuł: Czerwona Królowa Autor: Victoria Aveyard
Stron: 478 Trylogia: Czerwona Królowa #1
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive Ocena: 6/10

"Czerwona Królowa" szturmem podbiła rynek wydawniczy. Zapowiadał się prawdziwy hit, który zyska serca wielu czytelników. O książce słyszałam już od jej zagranicznej zapowiedzi, a gdy pojawiła się informacja, że zostanie ona wydana w Polsce tak szybko od swojej amerykańskiej premiery, byłam wniebowzięta. Do tego wydawnictwo dało również możliwość zakupienia pięknego wydania w twardej okładce, co dodatkowo mnie kusiło. Nie było innej opcji- musiałam ją mieć na swojej półce!

Mare Barrow wiele zawdzięcza swojemu sprytowi i zwinności. To właśnie dzięki tym cechom, każdego dnia ma co nałożyć na talerz ona i jej rodzina. Mare wiodła dotychczas ubogie życie, nacechowane kradzieżami i codzienną dawką strachu o los swój i rodziny. W państwie gdzie wyznacznikiem wartości człowieka jest kolor krwi, nic nie jest takie jak być powinno. Srebrni to potęga. Nie bez powodu ich krew jest tego koloru, a moce którymi dysponują szokują zwykłych Czerwonych, ludzi którzy w tym społeczeństwie nie mają żadnego znaczenia. Są wyrzutkami, mającymi okazywać posłuszeństwo i wdzięczność swojemu Srebrnemu Królowi. Lecz ten ustrój od zewnątrz doskonały, tak naprawdę kryje w sobie wiele niedoskonałości o których na własnej skórze przekonuje się Mare, gdy przypadkiem trafia do samego środka królestwa. Zadanie jakie jej przydzielono, może albo spisać ją na klęskę, albo uratować wszystkich.

Dystopie nie są mi obce. Gdy już raz wpadła mi w ręce książka z tego gatunku, która mnie zachwyciła, oczywiste było, że musiałam sięgać po kolejne. Zdarzały się historie warte uwagi, które na długo zapadły mi w pamięć, oraz takie o których wolałabym jak najszybciej zapomnieć. "Czerwona Królowa" zyskała swoje miejsce pośrodku i raczej nie jest to nic dobrego. To, że zawiodłam się na tej powieści, można uznać za niedopowiedzenie. Spodziewałam się nie wiadomo czego, kolejnej genialnej dystopicznej książki, która powali mnie na kolana, a zastałam gorzkie rozczarowanie. Powieść do bólu przewidywalna, infantylna i nie zaskakująca niczym nowym. To wszystko już było, tylko inaczej napisane, i to o wiele lepiej. Przez trzy czwarte książki siedziałam i ze znudzeniem przewracałam kolejne strony, czekając aż w końcu wydarzy się coś, co wbije mnie w fotel, ale nic z tego. Dopiero pod sam koniec, gdy już spisałam tę książkę na straty, Victoria Aveyard w końcu czymś mnie zaskoczyła. Szkoda, że dopiero w ostatnich rozdziałach.

"Czerwona Królowa" okazała się być prawdziwą klapą. Po całym zamieszaniu wokół niej, sądziłam że ta książka musi mi się spodobać, jednak liczyłam na zbyt wiele i jak zwykle nie skończyło się to dobrze. Sama fabuła nie jest zła, pomysł nawet oryginalny, ale mam wrażenie, że autorka zagubiła się w nim gdzieś po drodze. Brak w tej historii prawdziwości bohaterów i większego rozwinięcia wątków. Główna bohaterka zachowywała się jak małe dziecko, zbyt naiwna i łatwowierna jak na osobę, która w swojej wiosce widziała wiele zła i oszustw. Do tego jej zachowanie było lekkomyślne i często zupełnie nieprzemyślane, nawet jeśli w grę wchodziło życie setek ludzi, Mare liczyła na szczęśliwy los. Mogłabym się przyczepić również do dialogów, które czasami wydawały mi się dziwnie sztuczne i nie na miejscu, ale nie chcę już bardziej tej książki pogrążać, zważywszy na to, że moja końcowa ocena nie jest aż tak niska. Jest tak dlatego, że widzę w tej historii potencjał, tylko całkowicie źle wykorzystany. Autorka miała ciekawy pomysł, ale jej niedoświadczenie w pisarstwie, było aż nadto widoczne, przez co książka wypada bardzo słabo.

Nietrudno zauważyć jak wielkie spotkało mnie rozczarowanie tą książką. Mimo wszelkich chęci, ciężko mi zauważyć jakiekolwiek plusy tej powieści, gdyż minusy całkowicie przysłaniają jej dobre strony. Można to zrzucać na brak umiejętności pisarskich autorki i liczyć, że w następnych tomach Aveyard popracuje nad swoim warsztatem, jednak ja się chyba o tym nie przekonam. Jak na razie nie jestem pewna czy będę sięgać po kontynuację. Jeśli ma być tak słaba, jak pierwsza część, to nie chcę niepotrzebnie tracić czasu na takie lektury, gdy wokół mam pełno lepszych i bardziej wartościowych książek. Osobiście nie polecam "Czerwonej Królowej", lecz wiem, że pewnie większość z Was książkę albo już czytała, albo chce się przekonać na własnej skórze czy warto. Tym drugim życzę cierpliwości, gdyż na pewno się przyda.



1. Czerwona Królowa 2. Glass Sword (luty 2016, Ameryka)

piątek, 12 czerwca 2015

120. Maybe Someday - Colleen Hoover

Tytuł: Maybe Someday Autor: Colleen Hoover
Stron: 363 Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 6/6

Colleen Hoover to moja guru. Zawsze myślałam, że wybór ulubionego autora jest niemożliwy i w zasadzie do niedawna właśnie tak było. W pamięci zawsze będzie ze mną twórczość J.K. Rowling, dzięki, której tak naprawdę pokochałam czytanie, ale z biegiem czasu, przeczytałam tyle różnych tytułów, że właściwie w każdym etapie mojego życia znajduję coraz to nowych autorów, których książki zapadają mi w głęboko pamięć. Właśnie taką pisarką jest Colleen Hoover. Bo jej książki mają w sobie coś, czego żadne inne nie mają, a tych emocji, które towarzyszą czytaniu jej powieści, nie można ani w pełni opisać, ani tym bardziej podrobić. Jej książki są po prostu jedyne w swoim rodzaju.

Sydney czuje się zadowolona ze swojego życia. Wydawać by się mogło, że nie powinna na nic narzekać, ale gdy czasami próbuje zajrzeć w przyszłość i widzi siebie w tym samym miejscu w jakim znajduje się teraz, to trochę ją to przeraża. Przecież ma kochającego chłopaka, z którym mogłaby spędzić resztę życia- ale czy naprawdę tego chce? Los sprawia, że na jaw wychodzi, prawda o tym, że jej chłopak Hunter sypia z jej najlepszą przyjaciółką od lat. To duży cios dla Sydney. Tym bardziej, że dowiedziała się o tym od sąsiada, którego od dłuższego czasu słucha na balkonie, jak gra na gitarze. W jego muzyce i w sposobie jaki gra jest coś takiego, że Sydney nigdy nie ma dość słuchania Ridge'a. Odkąd dziewczyna zostaje na bruku, bez mieszkania i pieniędzy, na ratunek przychodzi właśnie muzyk.

Wszystkie te opisy brzmią tak zwyczajnie i przewidywalnie. Nie cierpię tego, ponieważ jak już wiele razy podkreślałam przy okazji pisania recenzji pozostałych książek Hoover, w historiach które ona przedstawia nie ma niczego zwyczajnego! Zdaje sobie sprawę, że potencjalny czytelnik, który nie miał jeszcze styczności z jej piórem, może nawet nie zwrócić uwagi na jej książki. Chociaż jak ostatnio zauważyłam "Maybe Someday" była tak promowana dosłownie wszędzie, że to chyba niemożliwe, żeby ją ominąć. Nie powiem,  z jednej strony to dobrze, ale z drugiej trochę mnie to irytuje, bo reklamy tej książki widziałam nie tylko w internecie, ale nawet w telewizji. To się nazywa ogromna promocja, z tym, że osoby od marketingu powinny zdawać sobie sprawę, że co za dużo to niezdrowo i taka kampania może przynieść zupełnie odwrotny skutek do zamierzonego.Trochę odbiegłam od temu, ale chciałam tylko wyrazić swoje zdanie w tej kwestii.

Wiedziałam, że "Maybe Someday" mnie zachwyci. Ja to po prostu czułam w kościach, po tym wszystkim czego się na jej temat naczytałam. Poza tym, nie była to moja pierwsza książka Hoover, więc mniej więcej wiedziałam czego się mogę spodziewać, czyli na pewno śmiechu i płaczu na przemian. Do tego można dodać jeszcze zachwycającego głównego bohatera, masę wzruszeń, całą gamę uczuć i gwarantowanego kaca książkowego. Tak też się stało i chyba nikogo to nie dziwi. Żeby tego było mało, autorka wraz z Griffinem Petersonem zaserwowała nam nastrojowe piosenki, których można słuchać podczas czytania w momencie, gdy pojawiają się one w książce. Nie no, przepadłam. Teraz ciągle do nich powracam i wyobrażam sobie jakby to Ridge je komponował. Szaleństwo, ale uwielbiam to co wymyśliła Hoover. Bo kto słyszał wcześniej o tym, żeby specjalnie na użytek książki skomponować idealnie pasujące do treści piosenki?  Pełen podziw dla duetu Hoover i Peterson, bo naprawdę im się to udało.

Właściwie wcale nie wspominam o treści tej książki, ale tak naprawdę, co tu pisać? Dla mnie to oczywiste, że wszystko w niej jest takie jak powinno być. Bohaterowie- tak prawdziwi i namacalni jak tylko się da, historia- piękna i wzruszająca, fabuła- całkowicie niesamowita, emocje- jak zwykle przy książkach Colleen, na najwyższym poziomie. Tu nie ma się do czego przyczepić, koniec kropka. Jednak jeśli chodzi o tę autorkę, mogę być mało obiektywna. Co zrobić? Uwielbiam to jak wspaniałe historie tworzy oraz bohaterów, których koniecznie chciałoby się poznać, a także to jakie potrafi wzbudzić w czytelniku emocje za pomocą słów przelanych na papier. Dla mnie to magia. Chyba wszystkich już przekonałam, że "Maybe Someday" to kolejna książka Colleen Hoover, która nie zawodzi. Polecam z całego serca.

"W angielskim alfabecie jest tylko dwadzieścia sześć liter. Można by pomyśleć, że z tyloma literami niewiele można zrobić. Można by pomyśleć, że kiedy wymiesza się je i połączy w słowa, mogą one wywołać tylko ograniczoną liczbę uczuć. A jednak tych uczuć może być nieskończenie wiele i ta piosenka jest dowodem na to. Nigdy nie zrozumiem, w jaki sposób kilka prostych słów połączonych ze sobą może kogoś zmienić, a jednak ten utwór i jego słowa całkowicie mnie odmieniają. Czuję się tak, jakby "może kiedyś" zamieniło się we "właśnie teraz"."


sobota, 18 kwietnia 2015

113. Mroczne umysły - Alexandra Bracken

Tytuł: Mroczne umysły Autor: Alexandra Bracken
Stron: 448 Seria: tom #1 Wydawnictwo; Otwarte 
Ocena: 5/6

Swego czasu, moim ulubionym gatunkiem były dystopie. Nie tylko ze względu na osławione "Igrzyska Śmierci", ale skłamałabym gdybym napisała, że to nie dzięki nim zainteresowałam się tym gatunkiem. Co mi się najbardziej podoba w dystopiach, to właśnie alternatywna rzeczywistość. Jakby nie patrzeć, takie książki zazwyczaj zmuszają do przemyśleń. W "Mrocznych Umysłach" mamy przedstawiony nierealistyczny świat, ale i tak lektura tej książki skłoniła mnie do pewnej refleksji.

Jak sam tytuł książki wskazuje "Mroczne umysły" to historia o dzieciach i nastolatkach obdarzonych pewnymi umysłowymi zdolnościami. Czy są one mroczne? To już zależy od tego jak na to spojrzeć i w jaki sposób wykorzystywane są te umiejętności. W miejscowości gdzie mieszka Ruby od dziecka, pojawia się pewna choroba. Jeśli dzieci, które ukończą dziesięć lat, nie umierają od razu- to oznacza, że są chorzy. Takie dziecko jest niebezpieczne dla otoczenia i nakazuje się aby bezzwłocznie wezwać jednostkę SSP, po to by oddać dziecko na przymusowe leczenie. Jednak gdy Ruby pewnego ranka zjawia się na śniadanie, a rodzice nie poznają jej, dziewczynka trafia do obozu w Thormund. Okazuje się, że dzieci z chorobą tzw. PSI dzielą się na różne grupy: Żółte, które potrafią kontrolować elektryczność, Niebieskie potrafią przenosić materię, Zielone to ścisłe umysły, posiadające wyjątkowe zdolności do rozwiązywania szyfrów, mające pamięć fotograficzną, a Czerwone oraz Pomarańczowe, są najpotężniejsze, lecz każdy z nich posiada inne zdolności. Ruby należy do grupy Pomarańczowych, która jak się później okazuje wkrótce zostaje zlikwidowana z obozu. Dziewczynie jednak udaje się tego uniknąć i cudem zostaje uratowana. Jednak nie wie, że najcięższe chwile ma jeszcze przed sobą...

"Mroczne umysły" były dla mnie zagadką. Zaczynając książkę, nie byłam zaznajomiona z jej fabułą, dlatego nie wiedziałam za bardzo czego się po niej spodziewać. Z początku dość ciężko było mi się wciągnąć w fabułę, ale już po kilku rozdziałach, akcja nabrała rozpędu i od tego momentu działo się bardzo wiele. Przede wszystkim bardzo spodobał mi się pomysł na książkę. Dzieciaki podzielone na kolory, ze względu na ich umiejętności, okrutne metody rządu, oraz sam fakt posiadania zdolności do kontrolowania różnych rzeczy, wyłącznie za sprawą umysłu. Rząd zdając sobie sprawę jak niebezpieczne mogą być te osoby, pozbawia je wolności, pod przykrywką leczenia. Pojawia się tu oczywisty problem segregacji. W świecie Ruby jest to podział ze względu na umiejętności umysłu, natomiast w naszej rzeczywistość również borykamy się z problemem segregacji różnego rodzaju. Chociażby koloru skóry. W żadnym z tych wypadków, nie jest to słuszne.

Pomysł na książkę uważam za fantastyczny i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym jak dobra okazała się ta lektura. Jest to książka rozbudowana, w której znajdziecie więcej opisów, a mniej dialogów, ale tak naprawdę to wcale nie przeszkadza, chociaż zależy co kto lubi. Mi się czytało ją naprawdę dobrze, ale kilka razy zdarzyło mi się zauważyć podobieństwa tej książki do "Dotyku Julii" co mnie trochę zdziwiło. Raz czułam się jakbym czytała o Julii, a raz o Ruby, chociaż jakoś bardzo mi to nie przeszkadzało, ale niestety podobieństwa rzucały się w oczy. Niemniej jednak, później akcja potoczyła się w zupełnie innym kierunku i już nie było tego problemu. Najbardziej szokujące dla mnie okazało się zakończenie. Kompletnie się tego nie spodziewałam i nie mogłam uwierzyć, że pani Bracken w ten sposób zakończyła pierwszą część. Robi wrażenie, dlatego nie mogę się doczekać aż poznam kontynuację. Liczę, na to, że będzie jeszcze lepsza niż ta.

Podsumowując "Mroczne umysły" to świetny wstęp do trylogii. Jest on idealnym wprowadzeniem do mrocznego świata, w którym dzieci za sprawą umysłu potrafią kontrolować materię czy wymuszać na innych swoją wolę. Jestem bardzo ciekawa, jak dalej potoczą się losy Ruby i jej przyjaciół, a Was zachęcam do lektury, jeśli lubicie utopijne klimaty. Polecam!


1. Mroczne umysły 2. Nigdy nie gasną 3. Po zmierzchu


piątek, 30 stycznia 2015

103. Hopeless - Colleen Hoover

Tytuł: Hopeless Autorka: Colleen Hoover
Stron: 377 Wydawnictwo: Otwarte Seria: tom #1
Ocena: 8/10

Jakiś czas temu o książce "Hopeless" było tak głośno, że mimo, że jej wtedy jeszcze nie czytałam, miałam jej dość. Czułam już przesyt, no bo ile można słuchać o jednej książce? Do tego opinie na jej temat najpierw były wychwalające pod niebiosa, by następnie przejść do krytyki. Jak na jedną książkę, sporo sprzecznych ocen. Przeczekałam okres szału i niedawno stwierdziłam, że w końcu mam ochotę zapoznać się z tą książką, gdyż na półce miałam ją od samej premiery. Pamiętam, że wtedy bardzo chciałam ją przeczytać, ale ogrom jej recenzji sprawił, że straciłam na nią chęć. Teraz podeszłam do lektury z ciekawością, zastanawiając się do której grupy czytelników będę należeć. W końcu zrozumiałam o co był cały ten szum.

Sky została adoptowana trzynaście lat temu. Jej rodzice zginęli w wypadku, przez co dziewczyna trafiła do Karen, kobiety, którą pokochała jak własną matkę. Musicie wiedzieć, że Sky wiedzie dość dziwne życie. W jej domu nie znajdziecie telewizora, komputera czy też nawet komórki. Nic co związane z techniką nie przewinie się w mieszkaniu Karen. Jakby tego było mało, Sky dotychczas nie chodziła do szkoły, tylko pobierała nauki w domu. Jednak za namową przyjaciółki Six, dziewczyna postanawia zapisać się do liceum. Tak też robi i wkracza w zupełnie obcy dla niej świat.

Niestety w czasie gdy Sky zaczyna chodzić do szkoły, jej przyjaciółka wyjeżdża na wymianę międzynarodową, zostawiając ją samą. Nie znając nikogo, Sky czuje się odosobniona, w szkole zostaje wyzywana, ze względu na reputację Six, która słynie z tego, że zmienia chłopaków jak rękawiczki. Pewnego razu w sklepie, Sky poznaje chłopaka, o ślicznych brązowych oczach. Jak się później okazuje jest to Dean Holder, słynący ze złej reputacji, więc dziewczyna postanawia nie zawracać sobie nim głowy. Jednak los sprawia, że ta dwójka spotyka się po raz drugi i tym razem nie będzie jej tak łatwo o nim zapomnieć. Między nimi rodzi się uczucie, o jakie nigdy by siebie nie posądzali. Gdy Sky dowiaduje się przypadkiem o swojej przeszłości, nic już nigdy nie będzie takie samo. Jak w tej sytuacji sobie poradzi i czy związek z Holderem przetrwa tak ciężką próbę?

Trochę się rozpisałam w opisie, ale to dlatego, że fabuła tej książki jest bardzo rozbudowana. Nie ma w niej jednego głównego zagadnienia na którym można by się oprzeć, tylko kilka, różnych problemów. Powiem tak, od bardzo dawna żadna książka mnie tak nie poruszyła. Zaczęłam ją czytać rano i nie mogłam wprost przestać, więc czytałam ją do pierwszej w nocy. Tak wiele emocji! Nie byłam na to przygotowana! Nie wierzyłam, że jedna książka może aż tak bardzo na mnie wpłynąć, a jednak "Hopeless" się to udało. Czytając Wasze recenzje, zanim jeszcze zapoznałam się z tą książką, byłam w szoku, że takie wrażenie na niektórych z Was wywarła. Teraz zupełnie to rozumiem. Ta książka naprawdę łamie serce i pozostawia w czytelniku swój ślad. Bo obok takich historii nie sposób przejść obojętnie. Jest w niej tyle smutku, miłości, wzruszeń i uniesień, a wszystko to napisane w pięknym stylu, sprawia, że "Hopeless" jest książką wyjątkową.

Z gatunkiem Young Adult miałam styczność przy książce "Morze spokoju", pamiętam, że byłam nią zachwycona. Nie sądziłam, że istnieje książka, która poruszyłaby mnie bardziej niż ona. A jednak, "Hopeless" sprawiła, że na nowo poczułam jak to jest być rozdartą emocjonalnie. Jednak dla mnie ta książka była dołująca. Dotyka ona poważnych spraw, które czasem nie mieszczą się w głowie. Ja odbieram takie książki bardzo personalnie. Utożsamiam się z bohaterami, którzy czasem przechodzą piekło i sama czuje się smutna z tego powodu. Nie potrafiłam przeczytać "Hopeless" i o niej zapomnieć by sięgnąć po następną książkę. Bo to co przeszłam podczas czytania jej, wiele dla mnie znaczyło i ciężko było mi się nią żegnać. Na pewno pozostało we mnie uczucie lekkiej pustki, gdyż historia która tak bardzo mną poruszyła, skończyła się. Przez długi czas nie mogłam o niej zapomnieć, a dziś pisząc tę recenzję, minął ponad tydzień odkąd skończyłam tę książkę. Wcześniej nie mogłam się nawet zabrać za pisanie, gdyż miałam w głowie zbyt wielki mętlik i moje myśli były zbyt chaotyczne. Teraz z większej perspektywy jestem w stanie, a przynajmniej tak mi się wydaje, ocenić ją bardziej obiektywnie.

Colleen Hoover zasługuje na prawdziwe uznanie. Napisała piękną książkę, w bardzo prawdziwy sposób. Bohaterowie są namacalni i wszystko czego doświadczają, czytelnicy mogą poczuć razem z nimi. Jednak to emocje grają najważniejszą rolę w tej książce. Jeśli poszukujecie lekkiej i odprężającej lektury, to nie liczcie, że "Hopeless" będzie odpowiednia. Bo to jest książka, która poruszy Was do głębi, sprawi, że będziecie płakać i śmiać się i gwarantuję Wam, że szybko o niej nie zapomnicie. Z tych właśnie powodów namawiam do zapoznania się z tą książką, gdyż jest ona warta każdej poświęconej na nią chwili. Coś naprawdę pięknego. Polecam!

"Nie mam zamiaru marzyć o idealnym życiu. Wszystkie niepowodzenia to tak naprawdę sprawdziany, które zmuszają nas do wyboru pomiędzy rezygnacją, a podniesieniem się z ziemi, otrzepaniem się z kurzu i stawieniem czoła sytuacji. Chcę to zrobić. Być może życie poturbuje mnie jeszcze kilka razy, ale na pewno nie mam zamiaru rezygnować."

A na koniec piosenka, której słuchałam podczas
 czytania "Hopeless" i którą uwielbiam *.*



***
Moi Drodzy, wiem, że bardzo rzadko się tu w styczniu pojawiałam, ale to tylko przejściowe.
W tym roku wypada moja pierwsza sesja na studiach i powiem Wam, że nie spodziewałam się, że będzie
aż tak kosmicznie ciężko! Mam prawdziwe urwanie głowy, zaliczenia, poprawki i teraz
od poniedziałku egzaminy. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało i wracam do Was za dwa tygodnie
pełną parą :)

piątek, 16 stycznia 2015

102. Black Ice - Becca Fitzpatrick

Tytuł: Black Ice ♦ Autorka: Becca Fitzpatrick ♦
Stron: 446  ♦ Wydawnictwo: Otwarte 
Powieść w jednym tomie ♦ Ocena: 7/10

Po raz pierwszy z twórczością pani Becci Fitzpatrick spotkałam się przy okazji sagi Szeptem. Upadłe anioły to była dla mnie wtedy nowość i lektura zupełnie mnie pochłonęła. Polubiłam styl jakim posługiwała się autorka, ale także lekkość z jaką przychodziło jej dobieranie słów. Gdy dowiedziałam się o nowej książce pani Fitzpatrick wiedziałam, że muszę ją mieć. 

Britt do tej wyprawy w góry przygotowywała się przez rok. W te wakacje, w końcu będzie miała okazję wykazać się swoimi umiejętnościami organizacyjnymi, świetną formą i obeznaniem w górach Teton. Oczywiście po to aby Clavin- jej były chłopak, w końcu zauważył co stracił. Gdy Britt wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Korbie wybierają się na górską wycieczkę, nie mają pojęcia z czym przyjdzie im się zmierzyć. Podczas jazdy w góry dziewczyny trafiają na śnieżycę, która skutecznie blokuje im możliwość dalszej podróży do miasteczka Idlewilde. Muszą odnaleźć schronienie inaczej nie przetrwają na mrozie i śniegu zbyt długo. Trafiają do domku położonego na uboczu, w którym mieszka dwóch chłopaków. Okazuje się, że są oni zbiegami i zrobią wszystko by wydostać się z gór niezauważonymi. Tym sposobem Britt zostaje ich zakładniczką, która ma pomóc im w ucieczce.

Opis zaintrygował mnie od samego początku. Autorkę znałam tylko z gatunku paranormal-romance, a tu zapowiadał się świetny thriller. Byłam bardzo ciekawa, jak w tym klimacie odnajdzie się Becca. Okazało się, że poszło jej całkiem nieźle! Powiem Wam, że jak tylko zaczęłam czytać cały czas z napięciem przewracałam kolejne kartki. Było zimno, mrocznie i klimatycznie. Odkąd Britt z Korbie trafiły do chatki, wszystko zaczęło dziać się szybko. Byłam ciekawa czy dziewczynom uda się wydostać z tarapatów i jeśli tak, to w jaki sposób. Większa część akcji działa się w ośnieżonym i zimnym lesie. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam i naprawdę mi się to spodobało, a dzięki dokładnym opisom doskonale potrafiłam wczuć się w sytuację w jakiej się znalazła Britt.

Czytając "Black Ice" od razu przypomniałam sobie jak to było czytać "Szeptem". Becca Fitzpatrick nadal zgrabnie potrafi posługiwać się słowem pisanym i idzie jej to świetnie. Jej książki czyta się po prostu z lekkością i zaciekawieniem. Niestety nie obyło się też bez żadnych minusów. Znalazłam ich kilka i szczerze mówiąc, podczas czytania rzuciło mi się w oczy sporo wad i zupełnie nielogicznych zachowań bohaterów. Czasem miałam ochotę rzucić w bohaterkę wielką śnieżką żeby wreszcie przejrzała na oczy i przestała się tak głupio zachowywać. Przymykam jednak na to oko, bo może to mróz tak źle zadziałał na jasność myślenia Britt.

Fabuła "Black Ice" zaskakiwała mnie w wielu momentach. Wierzcie lub nie, ale spodziewałam się po tej książce raczej schematyczności. Teraz przyznaję, że autorce udało się wykiwać mnie jako czytelnika nie jeden raz. Cała intryga, morderstwo, porwanie- to wszystko od samego początku autorka miała dokładnie przemyślanie i sprytnie w zaledwie skrawkach myśli, przekazywała czytelnikowi. Dopiero pod koniec zdałam sobie sprawę, że moje przypuszczenia i tropy okazały się zupełnie błędne. 

Książka ta to świetny thriller dla młodzieży. Idealnie nadaje się na tę pogodę, którą teraz mamy za oknem. Trzyma w napięciu, zaskakuje i powoduje dreszczyk emocji. Nie zabraknie również lekkiego romansu, czy humoru. Jak dla mnie to świetne połączenie. Polecam!

wtorek, 7 października 2014

91. Julia. Trzy tajemnice - Tahereh Mafi

Tytuł: Julia Trzy tajemnice ♦ Autor: Tahereh Mafi
Stron: 199 ♦ Wydawnictwo: Otwarte
Zawiera nowelki: Destroy Me oraz Fracture Me

Swoją przygodę z twórczością Tahereh Mafi zaczęłam dość późno, bo w te wakacje. Szczerze powiedziawszy nie miałam na nią nawet szczególnej ochoty, czego zupełnie nie mogę pojąć w tej chwili. Od pierwszej strony "Dotyku Julii" przepadłam całkowicie. Nic nie było mnie w stanie oderwać od lektury, która pochłonęła mnie bez końca, zostawiając po sobie ślad. Z każdym tomem zakochiwałam się w tej historii coraz bardziej i zastanawiałam się co ja z sobą pocznę, gdy książka dobiegnie końca. Wyobraźcie sobie moją euforię, gdy dowiedziałam się, że w Polsce zostaną wydane "Julkowe" nowelki! Oczywiście jako zagorzała wielbicielka twórczości pani Mafi, nawet i bez polskiego tłumaczenia zabrałabym się za nie, tylko, że zawsze to miło mieć na półce odpowiadające wydania w ojczystym języku.

Nie ma co się oszukiwać- Warner jest jednym z najcudowniejszych bohaterów książkowych jakich spotkałam. Jak w pierwszej części był czarnym charakterem, tak później stawał się coraz bardziej niesamowity gdy pokazywał swoje wnętrze i uczucia przed Julią, a na to jak wielka zmiana w nim zaszła nie mam słów. Coś wspaniałego. Kocham go i tym bardziej się cieszyłam, że mogłam poznać myśli i zdarzenia z jego punktu widzenia. To właśnie w pierwszym opowiadaniu "Destroy Me", narratorem jest Warner. Cudownie to się czytało. Opowiadanie te pokazuje jak bardzo zależało mu na Julii, co nim kierowało przy podejmowaniu ważnych decyzji, ale także uświadamia, że Warner w głębi duszy nigdy nie był złym człowiekiem. To życie i sytuacja go zmuszała do zachowywania się w taki sposób. O "Destroy Me" jednym słowem- uwielbiam!

Druga nowelka czyli "Fracture Me" pokazuje wydarzenia z perspektywy Adama. Moje nastawienie względem tej postaci jest zupełnie odwrotne do Warnera. Adam na początku wydawał się idealnym chłopakiem dla Julii. Nie wyobrażałam sobie by mogli nie być razem. Ale później coś się zmieniło. Adam stał się gnojkiem i kompletnie nie mogłam zrozumieć dlaczego zachowuje się jak ostatni palant. Wybaczcie te wyrażenia, ale naprawdę tak to wyglądało. Jak można było zmienić się z tak kochanej osoby w kogoś takiego? Z tego właśnie powodu nie za bardzo miałam ochotę o nim czytać, gdyż jest to postać, której nie darzę sympatią. No może odrobinkę, ze względu na pierwszą część trylogii. W "Sekrecie Julii" i kolejno "Darze Julii" powodował tylko moją irytację. "Fracture Me" tak jak się tego spodziewałam było dość słabe, ale zaznaczam, że to przez moją niechęć odnośnie narratora, którego nie mogłam znieść. Nic nie jest w stanie mnie ponownie przekonać do Adama, nawet ta nowelka.

"Julia trzy tajemnice" zawiera również krótki wycinek z dziennika Julii. Osoby, które czytały trylogię doskonale wiedzą jak wielkie znaczenie ten dziennik miał dla głównej bohaterki. W chwilach największego zwątpienia, smutku, złości, to właśnie dziennik był jej spowiednikiem. To tam przelewała swoje uwięzione myśli na papier. Tutaj spodziewałam się czegoś nowego. Cóż, dużego zaskoczenia nie było ponieważ część wpisów z dziennika przewijała się przez wszystkie trzy tomy książek, ale zawsze to miło mieć wszystkie notatki ułożone obok siebie.

Jako osoba zakochana w trylogii Tahereh Mafi, nie mogę nie być zadowolona z tego dodatku. Wprowadza on nowe spojrzenie na historię Julii, z perspektywy dwóch ważnych bohaterów. Jest to idealne uzupełnienie i czystą przyjemnością było dla mnie ponowne zajrzenie do świata dziewczyny, której dotyk zabija. Takie dodatki to zawsze znakomita gratka dla fanów, tym bardziej jeśli możemy poznać historię oczami innych bohaterów. Innej opcji nie widzę - polecam bardzo gorąco!

Trylogia i dodatek
1. Dotyk Julii 2. Sekret Julii 3. Dar Julii
+Julia. Trzy Tajemnice

piątek, 26 września 2014

90. Poradnik pozytywnego myślenia - Matthew Quick

Tytuł: Poradnik pozytywnego myślenia ♦ Autor: Matthew Quick
Tytuł oryginału: Silver Linings. Playbook
Stron: 374 ♦ Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 2/6 

Nadrabiania zaległości książkowych ciąg dalszy. Na swojej półce posiadam dwa dzieła Matthew Quick'a. Postanowiłam, że na pierwszy rzut pójdzie książka, o której było głośno, zapewne za sprawą ekranizacji. Film oglądałam niedługo po jego premierze, także z fabułą byłam zaznajomiona. Pamiętam, że filmowa wersja bardzo mi się podobała. Była zabawna i pozytywna. A jak było z książką?

Pat wierzy, że jego życie to film, a przecież w nich zazwyczaj zdarzają się happy endy. Z wielkim przekonaniem, Pat liczy na to, że jego długa rozłąka z żoną Nikki wkrótce się zakończy. Ale zanim to się stanie, musi nad sobą popracować, przede wszystkim musi stać się miły, nie stawiać zawsze na swoim i robić to co według Boga jest słuszne. Musicie wiedzieć, że Pat przez pewny incydent trafił do ośrodka dla psychicznie chorych i zupełnie stracił poczucie czasu. Teraz gdy jego mama zabiera go do domu, Pat próbuje zmienić swoje życie na lepsze, ciężko pracując na szczęśliwe zakończenie.

„Poradnik pozytywnego myślenia” to książka nad wyraz specyficzna, za sprawą głównego bohatera, który jest narratorem powieści. Pat spisuje swoje przemyślenia i opowiada wydarzenia z własnej perspektywy. Robi to po to, aby później przekazać swój dziennik Nikki, by ta mogła zauważyć zmianę jaka w nim zaszła – jakim porządnym człowiekiem się teraz stał. Oczywiście prawda trochę od tego odbiega, gdyż Pat ze swoimi zaburzeniami wcale nie ma się dobrze. Nie potrafi kontrolować gniewu, dlatego chodzi na terapię do doktora Cliffa, który okazuje się być najlepszym terapeutą, z jakim miał do czynienia. Ale czy kroki jakie podejmuje Pat, wystarczą by odzyskać żonę, która nie chce mieć z nim nic wspólnego?

Co to była za książka! Trochę się przy niej umęczyłam. No dobra, nie było aż tak źle, bo przecież narracja prowadzona przez głównego bohatera była naprawdę zabawna, ale cała reszta już niekoniecznie. To znaczy, fajnie było siedzieć w głowie Pat'a, któremu troszkę brakuje piątej klepki, ale z drugiej strony było wiele elementów, które mi się bardzo nie podobały i były najzwyczajniej w świecie nudne. Pat, zarówno jak jego ojciec i brat są ogromnymi fanami Orłów- to znaczy drużyny piłkarskiej, ich mecze odbywają się bardzo często i zupełnie nie rozumiem po co autor tak bardzo się na nich skupiał. Opisy były długie i męczące, od razu przyznaję, że nawet ich nie czytałam do końca, tak bardzo mnie nudziły. Poza tym, co mnie obchodzi przebieg jakiegoś wymyślonego meczu? To było zbędne. Ale okej, autor pokazał w ten sposób, jak wielką rolę odgrywały mecze w życiu Pat'a i jego rodziny.

Mimo, że książka nie podobała mi się ani trochę, to uważam, że ma ona jedną mocną stronę. Mianowicie bohaterów, którzy są świetnie wykreowani. Jest tak: fabuła kuleje, ale bohaterowie są pierwszorzędni. O Pat'cie już sporo pisałam, ale nie wspomniałam ani słowem o Tiffany. Jest ona również ważną postacią, która jakby nie było w pewien sposób pomaga Pat'owi. Tiffany jest w jakimś stopniu do niego podobna. Niedawno straciła męża w wypadku i przez długi czas nie mogła się pozbierać po tym wydarzeniu. Tak jak Pat, chodzi ona na terapię, a oprócz tego codziennie towarzyszy mu podczas porannego joggingu. Chociaż nie odzywają się do siebie prawie wcale, łączy ich pewna dziwna relacja. Tiffany również należy do bohaterek raczej nadzwyczajnych, a zarazem interesujących.

Niestety, mimo chęci nie mogę napisać, żeby to była dobra książka. Jak dla mnie to smutne rozczarowanie, ponieważ spodziewałam się po niej czegoś znacznie lepszego. Umęczyłam się przy niej i na pewno nie chciałabym więcej tego przechodzić, więc oczywiście jej nie polecam. Nawet zabawni bohaterowie i ogólna myśl przewodnia książki, by myśleć pozytywnie, bo dzięki nastawieniu wiele może się zmienić, nie są w stanie zrekompensować okropnie nudnej całości i kulejącej akcji. 

piątek, 5 września 2014

87. Wielki Błękit - Veronica Rossi

Tytuł: Wielki Błękit ♦ Autor: Veronica Rossi
Stron: 365 ♦ Tytuł oryginału: Into The Still Blue ♦ Wydawnictwo: Otwarte
Trylogia: tom #3 ♦ Ocena: 5/6

Pamiętam, gdy sięgnęłam po książkę "Przez burze ognia" i kompletnie przepadłam na kilka godzin. Książka mi się podobała tak bardzo, że nie byłam w stanie odłożyć jej na półkę. Gdy ją skończyłam, myślałam tylko o tym, że chcę już mieć jej kontynuację. Nic z tego. Musiałam czekać dobre kilka miesięcy i dopiero wtedy zabrałam się za "Przez bezmiar nocy". Tutaj nie było już tego ogromnego entuzjazmu, ale jednak, ciągle mi się podobała. Podchodząc do "Wielkiego Błękitu" nie wiedziałam czego się spodziewać. Po drugiej części byłam lekko zawiedziona, ale nie na tyle by nie dokończyć trylogii. Jak wypadł finał?

Eter szaleje na niebie dzień i noc. Jego siła zdaje się ciągle wzrastać i powodować coraz to nowe wybuchy. Mieszkańcy Fal, nie mają wyboru. Aby przeżyć, jak najszybciej muszą odnaleźć Wielki Błękit- miejsce, gdzie niebo jest przejrzyste, a eter nie unosi się w powietrzu. Tylko tam mają szansę, na bezpieczne życie. Ale jak tam trafić, skoro nie znają jego położenia? Do tego zadania będzie im potrzebny Cinder, tylko on jest w stanie kontrolować eter i przeprawić ich do bezpiecznej przystani. Ale chłopiec przetrzymywany jest przez Osadników wbrew jego woli, dlatego Aria, Perry i Roar wyruszają w drogę, by go uwolnić.

Czuję sentyment do tej trylogii. Mimo iż pierwszą część czytałam w tamtym roku, to wiem, że zajęła ona bardzo ważne miejsce w moim czytelniczym sercu. Drugą częścią niestety byłam odrobinę zawiedziona, bo cóż myślałam, że będzie tak samo genialna jak pierwsza, ale nie zmienia to faktu, że "Wielki Błękit" mógł na nowo wyrównać poziom. Myślę, że tak się stało. Książka ta wzbudziła we mnie wszystkie te emocje, których doświadczyłam przy "Przez burzę ognia", chociaż nie robi ona na mnie już tak dużego wrażenia. Podczas oczekiwania na zwieńczenie trylogii, przeczytałam wiele, niesamowitych książek i teraz widzę, że potrzeba mi czegoś więcej, by wywołać taki zachwyt. Niemniej jednak uważam, że jest to idealne zwieńczenie trylogii i naprawdę nie zawiodłam się na niej.

Akcja książki, tak jak przy poprzednich tomach, jest dynamiczna i ciągle coś się dzieje. Główni bohaterowie to te same osoby, które tak bardzo polubiłam na samym początku trylogii. Nie ukrywam, że jednym z moich ulubionych bohaterów stał się Roar, który swoim humorem i sposobem bycia poprawiał każdemu nastrój. Mimo okropnych wydarzeń jakie miały miejsce, Roar potrafi się udźwignąć i stawić czoła trudnościom. Aria to dziewczyna, która przeszła pewną zmianę, ze strachliwej i kruchej osoby, staje się pewna siebie i odważna. Razem z Perrym mają szansę, uratować plemię i odnaleźć spokój w Wielkim Błękicie. Ale do tego czasu, czeka ich wiele wyzwań i niebezpieczeństw, które muszą pokonać by im się udało.

Myślę, że nie jestem w błędzie pisząc, że zawsze mamy oczekiwania wobec finałowych tomów, prawda? Szczególnie jeśli jest to trylogia czy też seria, którą uwielbiamy- tym trudniej jest wtedy ostatecznie pożegnać się z bohaterami. W przypadku "Wielkiego Błękitu" jestem całkowicie usatysfakcjonowana z obrotu wydarzeń i tego jak koniec swojej trylogii poprowadziła Veronica Rossi. Chciałabym nawet, żeby każdy finał, był tak dobry tak ten. Dlatego teraz, z całego serca polecam Wam tę trylogię, bo jest to jedna z moich ulubionych dystopii.


W skład trylogii wchodzą:
1. Przez burze ognia 2. Przez bezmiar nocy 3. Wielki Błękit